A
A
A
Biegiem na misia!
Hej, rezerwo, pamiętasz bażantów, zwanych też spermenami? Hej, bażanty, pamiętacie swoją służbę? W ramach portalowej terapii nostalgicznej serwujemy Wam dziś kolejną opowiastkę Rafała Sochy z jego książki p.t. „SPR”. Co jak wszyscy wiemy, oznaczało Szkołę Podchorążych Rezerwy.
Na obiad była zupa pomidorowa, trochę ziemniaków, dużo surówki i jakieś dwa małe pulpeciki. Uwinąłem się prędko z talerzem przyzwoitej pomidorówki i pływającym w niej makaronem, później celebrowałem nieco spożywanie mięsiwa, zagryzając przy tym obficie ziemniaczkami z surówką, na końcu zaś popiłem słodką galaretką z zielonego kubka. Rozejrzałem się. Nasz kapral powolutku wstawał z taboretu, widząc to, przetarłem zręcznie serwetką usta oraz niezbędnik i spokojnie podniosłem się zza ceraty.
Oddaliśmy tace młodziutkim kuchcikom, przemyliśmy kubki i zeszliśmy na dół przed stołówkę. Słońce stało już nisko, za jakąś godzinę, może półtorej, ściemni się jak nic, tak sobie pomyślałem i leniwie dołączyłem do pierwszego szeregu. W ogóle, nie wiem z jakiego powodu, udzielił nam się wszystkim raptem nastrój jakiegoś takiego dziwnego rozluźnienia; nawet Czereśniakowi, który od jakiegoś czasu nie poganiał jakoś nikogo z właściwym sobie zapamiętaniem. Jasna sprawa, że tego rodzaju nagłe rozluźnienia nigdy nie zwiastują niczego dobrego, teraz prawdę już tę znam, ale powiedz to, bracie, zmęczonym chłopaczkom, co pojedli, popili i zamarzyli niepoprawnie, żeby tak uwalić się gdzieś na wyrze i podrzemać w ciszy choć te pół godziny.
Uformowaliśmy niedbały dwuszereg, „czwórki w prawo zwrot!” wykonaliśmy jeszcze bardziej niefachowo, ruszyliśmy zaś w stylu, który zwyczajnie wołał o pomstę do nieba. Kapral trochę pogmerał, ale i tak szliśmy zupełnie różnymi krokami. Ktoś bąknął coś o piosence, lecz zaraz został zakrakany i po dwóch wersetach spasował.
Wtem zza winkla wyłonił się z gracją major Demon, czyli komendant szkoły.
– Stać! – rozdarł się na cały regulator. – Stać! No, panie Czereśniak! Zatrzymaj pan to towarzystwo! Zatrzymaj pan ten pluton!
Wyrównaliśmy błyskawicznie wszystkie czwórki, wyprężyliśmy się jak struny i prawidłowo ulokowaliśmy kubeczki na brezentowych paskach; niestety – za późno (coś jak musztarda po obiedzie).
– Widzę, panowie – mówił major – że nauka idzie w las. Że nie umiecie maszerować, że nic nie umiecie, że, jak Boga kocham, że nie nadajecie się do niczego. Nie potraficie maszerować, chociaż przysięga za pasem, co? No, panie Czereśniak? Słucham pana. Słucham pana wyjaśnień.
Kapral, podobnie jak i my, również spuścił wzrok i w milczeniu przebierał z nogi na nogę.
– Przepraszam, panie majorze – oznajmił w końcu ze skruchą. – To się więcej nie powtórzy.
Smagły major o pofarbowanych, kręconych, kruczoczarnych włosach tylko ironicznie zachichotał. Przygładził mundur, który leżał na nim idealnie i, jak jakiś rzymski wódz, uniósł wysoko dłoń w skórzanej rękawiczce.
– Wykonacie teraz, panowie – przemówił donośnie – biegiem na misia trzy pełne okrążenia wokół tego oto placu apelowego. Tak jest?
– Rozkaz! – zapiał pospiesznie Czereśniak, dając jednocześnie znak Dupolizowi, by ten udał się na czoło kolumny.
– Ale pan też wykona te okrążenia! – rzucił major do zamurowanego na amen kaprala i, ze stoickim spokojem, ruszył w kierunku żołnierskiej stołówki. – Przecież to pana pluton! – doleciało jeszcze gdzieś z tyłu.
Nie wiem, czy oficer patrzył na nas jeszcze dalej, czy po prostu poszedł na obiad, bo nikt nie śmiał się odwracać. Skwaszony Czereśniak popatrzył na nas z wyrzutem, a potem, ustawiwszy się na czole, z ciężkim sercem zakomenderował:
– Pluton baczność! Za mną, na misia biegiem marsz!
Cwałowaliśmy śmiesznie wyrzucając to prawe ręce i nogi, to znowu lewe. Ale nieporadność kroku na misia nie była największą dla nas przeszkodą tego poobiedniego rozruchu, a fakt, iż zasuwać musieliśmy z pełnymi brzuchami. Przy kantynie coś mi zabulgotało, złapały mnie raptem nieprzyjemne mdłości i jakiś skurcz. Ze strachem w oczach trzymaliśmy się za żołądki i z ledwością zachowywaliśmy jako takie tempo. Minęliśmy drugi zakręt, potem stołówkę. Kręcili się tam już jacyś inni podchorążowie z kubkami i niezbędnikami. Wyprzedziliśmy nawet pluton trzeci, co powracał z posiłku. Początkowo docinali nam rubasznie, lecz gdy tylko pomocnik uzmysłowił im trzeźwo, za co i po co my tak w ogóle tutaj hasamy, od razu wyrównali ugrupowanie, mocniej przybili i podjęli z zapamiętaniem utwór „Serce w plecaku”.
Więc wyminęliśmy ich w locie. Gdyśmy zbliżali się do palarni, ktoś z drugiej czwórki raptem wrzasnął, że już dłużej tak nie może, że już dłużej nie wytrzyma. Czereśniak nakazał zwykły marsz, ale okazało się, że i tak było za późno, gdyż koleś z przodu – ni mniej, ni więcej – tylko zwymiotował sąsiadowi na plecy. Momentalnie, jak piłki, odbiliśmy się od śladów pomidorówki i nadtrawionego pulpeta. Kapral obejrzał się za siebie, pomyślał chwilę, aż w końcu zadecydował.
– Na pododdział! – huknął. – Ale już!
Rzuciliśmy się do drzwi, nikt nawet nie zająknął się o żadnym paleniu. Wbiegliśmy szybko na górę i poupychaliśmy w szafkach kubki. Spoczęliśmy na taboretach, po czym zadumaliśmy się nad prostym zapytaniem: „zauważy, czy nie?”
* * *
Rafał Socha urodził się w 1976 roku w Myszkowie. Studiował na Politechnice
Częstochowskiej na Wydziale Budowlanym w Częstochowie. Pracuje jako
nauczyciel w Zespole Szkół Technicznych w Częstochowie.
W czerwcu 2003 opublikował powieść "SPR", a w grudniu 2005 kontynuację powieści "SPR" (jako pastisz serii Żółtego Tygrysa) – opowiadanie "Uwaga! Po sygnale wydanie broni".
Więcej informacji na oficjalnej stronie autora – www.rafalsocha.pl
- Zaloguj się lub zarejestruj by komentować
Zaciągnij sie (logowanie)
*Przypomnij hasło |
Pomoc
Nie zaciągnąłeś się jeszcze? załóż sobie konto.
By oglądać tą stronę potrzebujesz dodatku Flash Player w wersji 8 lub wyższej
By oglądać tą stronę potrzebujesz dodatku Flash Player w wersji 8 lub wyższej
By oglądać tą stronę potrzebujesz dodatku Flash Player w wersji 8 lub wyższej





