A
A
A
Czego nauczył mnie kapral Byczek
Hej, rezerwo, pamiętasz bażantów, zwanych też spermenami? Hej, bażanty, pamiętacie swoją służbę? W ramach portalowej terapii nostalgicznej serwujemy Wam dziś kolejną opowiastkę Rafała Sochy z jego książki p.t. „SPR”. Co jak wszyscy wiemy, oznaczało Szkołę Podchorążych Rezerwy.
– Drużyna baczność! Uczył was będę wypróżniania się bez odpinania pasa!
Zerkaliśmy w milczeniu na produkującego się przed nami, w sąsiedztwie przyprószonej śniegiem, szarej, klozetowej muszli, ciut jak gdyby znużonego, kaprala Byczka.
– Spocznij! – kontynuował Byczek. – Służy to do oddawania kału w czasie przerwy śniadaniowej. Normalnie jest tak – zawahał się trochę, wyraźnie szukając mniej oficjalnego słownictwa – że spieszycie się, a tu chce się srać. Każdy odpina se wtedy pas, zdejmuje kurtkę, szelki, opuszcza spodnie i dopiero sra. Schodzi z tym dużo czasu, na korytarzu krzyki, a i z tym pasem nie ma co zrobić, nie?
Potwierdziliśmy ze zrozumieniem. Wyobraziłem sobie całą sytuację i naraz przyszło mi do głowy, że może wreszcie nauczę się tutaj czegoś pożytecznego.
– Więc wiecie o co się rozchodzi – podjął nasz znużony instruktor. – Wiecie do czego to służy, nie? Nie wykonuje się tego na żadną komendę, tylko wtedy, kiedy wam się zachce srać i kiedy jest wolna kabina, jasne?
Znów potaknęliśmy ośnieżonymi beretami. Kapral Byczek podrapał się za uchem i zakomunikował:
– Pokazuję.
W milczeniu zbliżył się do samotnie sterczącej na placu apelowym muszli, zgarnął ręką warstewkę białego puchu, podniósł klapę, włożył ręce pod panterkę, szybko opuścił spodnie, kalesony i usiadł na sraczu. Po chwili doleciał nas (jak żywo) odgłos wypróżniania się na rzadko.
Gwizdnęliśmy z szacunkiem, Byczek w tym czasie podtarł się prędko i podciągnął kalesony, a zaraz potem spodnie. Znów włożył ręce pod panterkę, chwilkę majstrował coś przy ubraniu, po czym poprawił niewzruszony pas i, już kompletnie odziany, rychło zbliżył się do nas na powrót.
– Pokazuję i objaśniam – oznajmił dobitnie.
Zbierał trochę myśli w rozkojarzonej głowie, jak gdyby szukając gdzieś w oddali natchnienia, obszedł naokoło parę razy ćwiczeniowy rekwizyt, aż w końcu przemówił do nas tak:
– Podnoszę klapę, wycieram deskę sedesową – kolejnym słowom kaprala towarzyszyły kolejne jego czynności. – Ustawiam się tyłem do muszli, wkładam dłonie pod kurtkę i odpinam guziki – jak wcześniej, tak i teraz tajemniczo majstrował pod ubraniem. – Uwalniam szelki – instruował, gdy już spodnie mu opadły – zdejmuję kalesony i siadam. No i sram – zakończył dumnie, choć ostatni komentarz podoficera pozostał gołosłowny; nie towarzyszył mu już żaden efekt dźwiękowy.
Ale i tak byliśmy pod wrażeniem. Zwłaszcza to odpinanie szelek robiło wrażenie. Nigdy bym na coś takiego nie wpadł. Rzeczywiście za każdym razem mocowałem się z pasem, wieszałem go na klamkach czy układałem na podłodze, ściągałem moro i opuszczałem szelki. Niepraktyczne to umundurowanie, myślałem sobie nieraz, i ze złością bezradnie powtarzałem co dnia kolejne czynności w ogromnym napięciu, że zaraz – w najmniej oczekiwanym momencie – zostanę gdzieś zawezwany.
– Uwaga drużyna! – zatrąbił naraz kapral Byczek. – Do ćwiczeń indywidualnych, w kolejności alfabetycznej, przy rekwizycie: przystąp!
Ustawiliśmy się gęsiego przed muszlą klozetową. Wylądowałem oczywiście na końcu. Znów byłem ostatni, a ostatnich, jak to mówią, gryzą psy.
Siedmiu pierwszych podchorążych wykonało po razie przewidziane ćwiczenie. Niepewnie wkładali ręce pod morowe marynarki, długo szperali przy niewidocznych guzikach (podchorążowie Blotka i Kurant nawet po jednym oderwali) i zmieszani siadali na sedesie. Byczek dyrygował nimi zręcznie, pokazywał niuanse odpinania i zapinania brązowych guzików. Pocieszał, że trening czyni mistrza, choć widzieliśmy wyraźnie, że odwala pańszczyznę i najchętniej poszedłby sobie gdzieś na piwo; znużenie instruktora przechodziło na instruowanych, powodując tylko niepotrzebnie coraz to bardziej nerwową atmosferę.
Podchorąży Pepper siadał właśnie niewprawnie na desce, gdy rozległ się donośny okrzyk chorążego Szczawowińskiego (który krążył gdzieś między trzema grupkami, uważnie podglądając ćwiczenia swych podopiecznych, choć nie mówił przy tym nic):
– Uwaga dowódcy drużyn! Przerwać szkolenie zagadnień, zmiana podgrup na punktach nauczania!
– Rozkaz! – świsnęli zgodnie trzej starsi kaprale.
Pepper szybko zerwał się z ośnieżonego sedesu. Byczek pomógł mu naciągnąć spodnie i właściwie dopiąć szelki. Ustawiliśmy się w szeregu, wykonaliśmy „w prawo zwrot!” i udaliśmy na stanowisko drugie, gdzie czekał już na nas kapral Kwiecień z pomiętą kartką w dłoni. Zwrócił się do nas przepitym głosem:
- Drużyna baczność! Nauczę was maszerowania na misia krokiem zwykłym i defiladowym. Spocznij!
* * *
Rafał Socha urodził się w 1976 roku w Myszkowie. Studiował na Politechnice
Częstochowskiej na Wydziale Budowlanym w Częstochowie. Pracuje jako
nauczyciel w Zespole Szkół Technicznych w Częstochowie.
W czerwcu 2003 opublikował powieść "SPR", a w grudniu 2005 kontynuację powieści "SPR" (jako pastisz serii Żółtego Tygrysa) – opowiadanie "Uwaga! Po sygnale wydanie broni".
Więcej informacji na oficjalnej stronie autora – www.rafalsocha.pl
- Zaloguj się lub zarejestruj by komentować
Zaciągnij sie (logowanie)
*Przypomnij hasło |
Pomoc
Nie zaciągnąłeś się jeszcze? załóż sobie konto.
By oglądać tą stronę potrzebujesz dodatku Flash Player w wersji 8 lub wyższej
By oglądać tą stronę potrzebujesz dodatku Flash Player w wersji 8 lub wyższej
By oglądać tą stronę potrzebujesz dodatku Flash Player w wersji 8 lub wyższej






Rafale Socha
Czy ty wiesz nauczycielu ( z najwyższym szacunkiem)że przed spr- em był sor. To byli ludzie którzy w komunie przecierali szlaki A wyście jako spermani mieli już masło. Chcesz się dowiedzieć prawdy z najwyższej generalskiej półki to zapytaj mnie . Ja ci opowiem o tych półkach.