A
A
A
Góra skóra, dół jak góra!
Hej, rezerwo, pamiętasz bażantów, zwanych też spermenami? Hej, bażanty, pamiętacie swoją służbę? W ramach portalowej terapii nostalgicznej serwujemy Wam dziś drugą opowiastkę Rafała Sochy z jego książki p.t. „SPR”. Co jak wszyscy wiemy, oznaczało Szkołę Podchorążych Rezerwy.
– Pluton pierwszy wychodzi pod prysznic! – rozdarł się dyżurny i raptem na korytarzu dało się posłyszeć chaotyczne dudnienie.
Zaciekawiony wyskoczyłem ze szczotką i wiaderkiem. Ujrzałem pędzących na golasa podchorążych z mydelniczkami, ręcznikami i szamponami. Mknęli w stronę „trójmiasta”, należącego do trzeciego i czwartego plutonu, skąd, aby dostać się pod natrysk, zbiegało się z kolei niżej, przez 101. kompanię, aż na parter, gdzie kadeci posiadali, na własny użytek praktycznie, bezcenny prysznic (często trwały zresztą nasze boje o to dobrodziejstwo, skutkowały zaś jedynie interwencje Karakana).
Zaniosłem sprzęt do pomieszczenia gospodarczego, a gdy wracałem, dyżurny już podawał nowe instrukcje:
– Uwaga pluton drugi! Czas do wyjścia pod prysznic: dwie minuty! Strój: góra skóra, dół jak góra! Uwaga drugi pluton! Dwie minuty!
Wbiegłem do pokoju, gdzie paru moich kolesiów już paradowało nago. Jedni, bardziej wysportowani, przechadzali się między łóżkami i, napinając mięśnie, przyglądali się sobie z zadowoleniem w okiennej szybie (nie mieliśmy firanek, więc wieczorami, gdy na zewnątrz zapadał nieprzenikniony mrok, a naszą norę poczynały rozświetlać ohydne świetlówki, okno stanowiło coś na wzór lekko zniekształcającego, choć przyzwoitego w sumie, zwierciadła i można się w nim było śmiało przeglądać), drudzy siedzieli skuleni na taboretach, wymachując ręcznikami, inni dopiero co zdejmowali dresy.(...)
Jak stado prehistorycznych australopiteków, ruszyliśmy kupą ku kadeckiemu natryskowi. Mijali nas pojedynczy podchorążowie z plutonu pierwszego, szczęśliwi, uśmiechnięci, lżejsi, z mokrymi głowami i parującymi tułowiami; oczywiście nadzy.
Czułem się osobliwie, nie przeczę, choć najgorzej było się przemóc za pierwszym razem. Chyba każdy ma jakieś takie podświadome opory przed publicznym obnażaniem, oczywista sprawa, ale opory te, co stwierdzam ze zdziwieniem (po samym sobie chociażby), da się pokonać. Rój nagusieńkich podchorążych, po dwóch wspólnych prysznicach, nie peszył już specjalnie nikogo z plutonu, nikogo też, na przykład ubranego od stóp do głów dyżurnego, nie fascynował, gdyż następnym razem role się odwracały i to były dyżurny zasuwał na dół ze wszystkim na wierzchu. Nie wiem, być może ktoś miał jakieś takie niezgodne z naturą upodobania, ale generalnie do żadnych incydentów nie dochodziło. (...)
Na sam dół prowadziły kręte, wąskie, ordynarne schody żelbetowe. Pokonaliśmy je biegiem, a następnie wypadliśmy na jeszcze węższy korytarzyk, który wiódł z kolei do drzwi kwadratowego pomieszczenia. Tu było już wielu podchorążych z pierwszego plutonu, panował upał i bardzo duża wilgoć. Przy ścianie stał drugi dyżurny, był w pełni umundurowany, miał beret, plakietkę i opinacze. Nie wyglądał najlepiej; pot lał się ciurkiem po jego czerwonej twarzy. Ściskał klucze od sauny i poganiał wszystkich naokoło. (...)
Zostawiłem ręcznik na jakimś wieszaku, zzułem trampki, mydło wziąłem ze sobą i dałem nura w parującą czeluść, skąd przez cały czas dobiegał jednolity szum wody oraz jakieś takie przytłumione chichoty.
Od razu wpadłem, jak to mówią, z deszczu pod rynnę. Gorący strumień prześliznął mi się po głowie i plecach, lecz niezrażony pognałem w głąb. Kwadrat natychmiast zapełnił się nagimi podchorążymi, szukającymi łakomie wolnego natrysku. U góry znajdowały się metalowe słuchawki, które przytwierdzono na stałe do obłożonego płytkami sufitu; ze słuchawek zwisały łańcuszki, których szarpnięcie wyzwalało strumień silnie ogrzanej wody. Niektóre łańcuszki były urwane, a ze słuchawek tych woda lała się jednolitym ciurkiem.
– Nie schylać się po mydełka! – darł się od progu dyżurny. – Nie schylać! Nie schylać po mydełka!
Pociągnąłem mocno metalowy łańcuszek. Z góry natychmiast poleciała na mnie woda. Ciężko było stosować się do zalecenia kolegi na służbie, choć jakoś dawałem sobie radę. Namydliwszy głowę, kark, plecy i brzuch, zabrakło mi wody, więc schwyciłem ponownie; ze słuchawki znów popłynął wartki strumyczek ciepła.
Raptem na środek łaźni wypadł jakiś dryblas. Z początku myślałem, że to podchorąży Ryś, względnie podchorąży Szympans. Przybysz bezpardonowo odepchnął kogoś blisko, zdało mi się, że Moczymordę, i jął namiętnie namydlać głowę. Po samej dupie, bo taki miałem widok, ciężko było jednoznacznie rozstrzygnąć, kto zacz, ale byk obrócił się naraz i ujrzałem znajome wąsiki. Zdumiony wpatrywałem się chwilę, ale do całego obrazu wciąż czegoś tutaj brakowało. Kalkulowałem tak trochę, aż w końcu doznałem olśnienia i załapałem, że brakuje mi tu jeszcze okularów, a pod natryskiem stoi sobie spokojnie starszy kapral podchorąży Czereśniak.
Krzyki nieco umilkły, oniemiali zerkaliśmy na pomocnika dowódcy. Czereśniak długo namydlał głowę i twarz, obracając się na wszystkie strony; nie można było nie zauważyć gigantycznego przyrodzenia, którym nasz dwumetrowy kapral władał ostentacyjnie.
Postanowiłem na gapić się już tak nachalnie. Stanąłem bokiem i w spokoju spłukałem pianę. Dyżurny przestał nadawać komunikat o mydełku i skłonach (paru chłopaków i tak nie zważało na nic, stale podnosząc i odkładając coś tam sobie na oślizłą terakotę), zaczął zaś ponaglać, w końcu nawet wrzeszczeć, że w przebieralni czeka pluton trzeci, że czas się dla nas skończył i, że bezwzględnie mamy wyłazić z kwadratowej łaźni.
Wyskoczyłem spod wiszących słuchawek. Woda lała mi się po oczach, wargach i nosie, ale bez problemów odnalazłem pozostawiony na wieszaku ręcznik. Tkanina z firmowym emblematem, którą pragnąłem się otrzeć, a którą przed momentem nazwałem ręcznikiem, nie pochłaniała niestety wody, może tylko trochę spychała ją na bok.
Z mokrymi plecami, włosami, rękami, nogami i resztą ciała wróciłem więc na kompanię. Od razu udawaliśmy się do izb, bo woda na skórze ohydnie już teraz ziębiła. Czwarty pluton dreptał nago po korytarzu, dyżurny przy biurku odliczał im czas.
Rafał Socha
* * *
Rafał Socha urodził się w 1976 roku w Myszkowie. Studiował na Politechnice
Częstochowskiej na Wydziale Budowlanym w Częstochowie. Pracuje jako
nauczyciel w Zespole Szkół Technicznych w Częstochowie.
W czerwcu 2003 opublikował powieść "SPR", a w grudniu 2005 kontynuację powieści "SPR" (jako pastisz serii Żółtego Tygrysa) – opowiadanie "Uwaga! Po sygnale wydanie broni".
Więcej informacji na oficjalnej stronie autora – www.rafalsocha.pl
- Zaloguj się lub zarejestruj by komentować
Zaciągnij sie (logowanie)
*Przypomnij hasło |
Pomoc
Nie zaciągnąłeś się jeszcze? załóż sobie konto.
By oglądać tą stronę potrzebujesz dodatku Flash Player w wersji 8 lub wyższej
By oglądać tą stronę potrzebujesz dodatku Flash Player w wersji 8 lub wyższej
By oglądać tą stronę potrzebujesz dodatku Flash Player w wersji 8 lub wyższej





