A
A
A
...GDY NIE CHCE TAM BYĆ!
Odpowiedź najkrótsza a zarazem najprawdziwsza brzmi: robi, co chce! Byłoby to jednak za mało jak na felieton(ik) wspominkowy, więc trochę tę myśl rozwinę. Niech to będzie mój głos w dyskusji o gejach w armii, obszerniejszy niż tegoż autora komentarze pod artykułem: „NIE PYTAJ, NIE MÓW?”.
Wzięli mnie do LWP na początku maja 1984 roku do jednostki w Jeleniej Górze przy szosie do Karpacza. Był to pułk (dziś już po tej jednostce prawie nie ma śladu) artylerii „pelot”, w którym mieściła się też „bażantarnia”. Absolwentów uniwersyteckiej matematyki zawsze brali do artylerii, bo podobno to się jakoś wiąże (obliczanie paraboli, po której leci pocisk, czy inne takie…), tak więc i ja skończyłem w SPR-ze (SOR-ów już wtedy nie było). To było takie pseudo-wojsko, gdzie nasz dowódca, czyli porucznik, który nie wymagał przezwiska, gdyż nazywał się Maniak, sam przebiegł po torze przeszkód („sierżanty” i inne takie), zaś nam zabroniono tego czynić. Oczywiście, z obawy, iż „bażanty” coś sobie uszkodzą, na co mógł wskazywać choćby mocno podtatusiały wygląd niektórych. Ja, jako rasowy pedał, a więc osobnik nienawidzący sportu, byłem z tego bardzo zadowolony!
Co się tyczy przezwisk, komendantem tej szkółki SPR był pewien kapitan noszący pseudonim „Gacek”, gdyż wyraz jego twarzy jako żywo przypominał ten rodzaj nietoperza. Jego błędem (i moich bezpośrednich dowódców, „bażantów” o jeden pobór starszych) było, że chciał ze mnie zrobić żołnierza. Tymczasem wszystko we mnie buntowało się przeciwko temu – w kółko wszem i wobec powtarzałem, że jestem cywilem w mundurze, który w tym cyrku znalazł się wbrew swojej woli. Jako człowiek wielce „usportowiony” (o czym było powyżej), zaraz po przysiędze fatalnie skręciłem sobie nogę na jakimś polu taktycznym tuż przy jednostce. Zrazu to zlekceważyłem, lecz gdy spostrzegłem krwisto-siną „pulpę” wokół kostki, za namową kolegów poszedłem do lekarza, ten zaś od razu wysłał mnie do szpitala w mieście. Gips nosiłem długo (miesiąc?), więc – żebym w izbie żołnierskiej nie brudził odciskami stopy – nałożono mi część tzw. OP-1. Odtąd łaziłem z tym „kondomem” na nodze.
Do końca pobytu w armii byłem zwolniony z marszów, biegów, musztry i zajęć w polu! To co ja, kurwa, w tym cyrku dalej robiłam???!!! No, właśnie… już pierwszego dnia w drodze do jednostki próbowałem zarwać przyszłego towarzysza niedoli, gdy tylko zorientowałem się, że jego też tam wcielają. Zawsze byłem leniwy, więc nigdy nie „szukałem” daleko. (Obecnie mieszkam w Czechach, zaś w tym języku „šukat” znaczy „ruchać”.) Oczywiście, ponieważ to wszystko byli ludzie po studiach, nic sobie z tego nie robili, tylko raz mi jeden przygadał, że ciągle siedzę w kiblu i „męczę tego węża”. Też chyba jest jasne, że nic sobie z tego nie robiłem, jak i z tego, iż w końcu z kolegami mi nie wyszło. Trudno, się mówi… Aha, w kiblu lubiłem sobie posiedzieć, bo tam nawet w armii ludzie mają trochę świętego spokoju.
Do szału doprowadzał mnie – zwłaszcza w piękne dni – wał Karkonoszy wznoszący się nad okolicą. Serce rwało się w góry (jestem zapalonym turystą, przodownikiem Górskiej Odznaki Turystycznej PTTK i posiadaczem GOT „Za Wytrwałość”) – a tu siedź, człowiecze, w tym więzieniu! Naprawdę ciężko znosiłem to bezsensowne pozbawienie wolności. „Trepy” po piętnastej szły do domu a ja… A ja w końcu dowiedziałem się, że kolega „bażant” z innej drużyny ma, jako miejscowy, zamelinowane „cywilki”. Rzadko ich używał, a że byliśmy podobnego wzrostu i figury – ja go w tym wyręczałem. Polegało to na tym, iż kuśtykałem w moro z teczką w ręce (z „cywilkami”) do bramy od strony wspomnianego już pola taktycznego i krzaków przy szosie, po czym przerzucałem teczkę przez bramę i sam z trudem gramoliłem się przez nią na drugą stronę. Wszystko to na oczach wartownika, który zwykle krzyczał: „Co ty, „bażancie”, robisz?” Ja mu na to: „Nie patrz, jak się tu męczę! Lepiej patrz, czy jakiś „biedak” tego nie widzi…” Po chwili przebierałem się w krzakach, wartownikowi wracał wyraz ulgi na twarzy, a ja machałem ręką w stronę najbliższej taksówki jadącej do miasta: „Na lody, proszę!” (Tutaj prosiłbym także „kolegów-z-wojska”: Bez podtekstów…)
Potrafiłem (np. w samych dresach, takich zielonych) urządzać sobie wycieczki turystyczne (PKS-em) nawet 60-kilometrowe (np. do Bolesławca i Lwówka Śląskiego, w którym potem się zakochałem). Pewnej niedzieli, gdy przed obiadem zrobili kontrolny alarm, nie doliczyli się kilku „bażantów”, w tym mnie. Potem im wmówiłem, że w upale zasnąłem na boisku sportowym i nie dokuśtykałem się w porę na alarm. Kupili to, choć przed chwilą na oczach połowy jednostki przelazłem przez płot. Było za późno na tylną bramę, skoro chciałem jeszcze coś zjeść w kuchni polowej, zaś płot od strony głównej bramy był niski.
Oczywista, aby móc tak postępować, trzeba mieć dość szczęścia. Ale akurat tego w życiu mi nie brakło… Na ten przykład, koledzy, których też się podczas rzeczonego alarmu nie doliczono, zdemoralizowani moim przykładem, w tym czasie także poleźli na lewiznę (powtarzali jakąś moją wcześniejszą trasę) – tyle, że oni zrobili to… w moro na sobie (z „bażancimi” naszywkami)! Na dodatek wracali na skróty… przez „trepowskie” osiedle!!! Ależ ich zjebałem…Przecież przez takie wygłupy mogła się zaostrzyć kontrola. Nie muszę chyba dodawać, że ich ukarano a mnie nie! Przyzwyczajenie do „samowolek” pozostało mi…
Jeleniogórską szkółkę zakończyłem w sierpniu jakimiś egzaminami, na których w części praktycznej zabroniono mi (a może nam wszystkim?) tykać się jakiejkolwiek broni. (W tym czasie „trepy” tradycyjnie złaziły się z całej jednostki na specjalnie „wzmocnioną” herbatę zwaną „bażantówką” – a jeden egzaminator to podobno tylko powąchał ją i zaraz poprosił o zwykłą… Chyba chory jakiś!). Za to na egzaminie teoretycznym zostałem przez pewnego jajcarskiego kapitana zapytany… o prawo użycia broni. „Szwejki” zakuwały to na pamięć co do przecinka, lecz „bażanty” miały to w dupie. Było jasne, że odpowiedź znam tylko mniej więcej, więc kapitan odpowiedział za mnie: „Kiedy wolno używać Broni? Gdy Bronia skończy 15 lat!” Byłam zachwycona… choć na imię mam Wiesław.
Trzeba powiedzieć, że taki hardy byłem od razu a nie od chwili tego urazu nogi. Na przysiędze chociażby, miałem palce w górze w kształcie litery „V” – ku czci „Solidarności” (przypominam: to było równo 25 lat temu). Potem mnie naszło, by ich uniesione ku górze końce zgiąć na dół (coś jakby „apage satanas!”) i… wtedy mnie zmroziło! Kurwa, robili zdjęcia… Parę dni potem miałem pełne gacie, gdy szedłem oglądać je w gablocie – nic nie było widać, uff! Ta demonstracja polityczna była niepotrzebna, gdyż potem (jak mi się zdaje) i tak własnoręcznym podpisem potwierdzaliśmy złożenie przysięgi na wierność wiadomym sojuszom i wiadomemu ustrojowi… Tym niemniej osobiście uważałem tę przysięgę za niezłożoną i postępowałem zgodnie z tym! (Będzie to istotne w dalszej części mego losu w armii.) Nie jest więc dziwne, że w SPR-ze zająłem zaszczytną, ostatnią lokatę (to był mój punkt honoru!). Spojrzałem więc na prymusa i reżymowego liżydupka w jednej osobie. Podaliśmy sobie ręce, przy czym drugą ręką wykonałem ogarniający ruch i powiedziałem: „A między nami ta cała reszta!” Tak oto w tym teatrum zakończył się akt pierwszy.
Na tzw. praktykę trafiłem do jednostki czołgów w Słupsku, płot w płot z „niebieskimi beretami”. Była tam bateria „pelot” a w niej „szwejki” wywyższające się nad nami: „Ile ty, „bażancie”, masz służby, że „starym” żołnierzem chcesz rządzić!” Ponieważ jestem samorodnym talentem w dziedzinie wkurwiania ludzi, rychło wymyśliłem optymalną odpowiedź: „Ty się, szweju, nie pytaj, ile mam służby za sobą… Ty się lepiej zapytaj, ile mi zostało do cywila!” Były tam też „trepy”, ale takie, że jeleniogórski „Gacek” z zasobem 300 słów znanych mu jako wszystkie w języku polskim – to przy nich prawdziwa inteligencja!
Chwila dygresji. Tak jak w cywilu informatyk firmy (bywałem takowym) widzi wszystko najlepiej, gdyż i to, co wyrabia szefostwo na górze, jak i to, na co wariują pracownicy na dole – tak pozycja „bażanta” w armii daje mu podobnie szerokie pole widzenia. „Biedaki” chętnie by się nim wyręczały w gnębieniu „szwejków”, ale tak w ogóle chciałyby go też „zeszweić”. Naszym naturalnym sojusznikiem przeciw „trepom” mogłyby być „szwejki”, niestety, na ogół za głupie, by w tej kwestii zatrybić… Tak więc jasne jest, choćby w świetle moich dotychczasowych wyn(at)urzeń, iż miałem w dupie jednych i drugich (co jeszcze tam miałem – opowiem potem…).
W tym czasie miałem w Słupsku kolegę, którego ojciec kiedyś służył w tej jednostce i miał znajomych pośród tamtejszych zawodowych. Ów kolega opisał mi wydarzenie, którego był świadkiem. Mianowicie, jak jego ojciec – przy wódeczce – kumpla, będącego „trepem” w tejże jednostce (i to nawet nie w naszej baterii!), zapytał mniej więcej tak: „A podobno jest u was jeden kolega mojego syna, podchorąży Kasprzak?...” Reakcję „trepa” kolega opisał tak plastycznie, że muszę mu wierzyć, iż miała ona ten oto kształt: „Kasprzak? Nie, nie!!!! Nie wspominaj, nie wymieniaj tego nazwiska… MY GO NIGDY NIE ZAPOMNIMY!!!!!!!!” A czym się tam zasłużyłem – o tym teraz właśnie będzie. Koniec dygresji.
Przede wszystkim pomogły mi rażąco fatalne błędy w sztuce dowodzenia. Poruczniczyna, który formalnie był dowódcą, nie miał nic do gadania, wszystkim zaś rządził „sierściuch” (znaczy: ogniomistrz) nazwiskiem Sołoducha. Być może to wschodnie nazwisko uzasadnia, dlaczego był kompletnym analfabetą w języku polskim – a przecież żadnych innych też nie znał. Był za to pierwszorzędnym pijakiem i dziwkarzem (sprowadzał sobie ten towar).
Kiedy już się połapałem, że to wszystko głupki są (czyli dość szybko), pojechałem na 5 dni lewizny, bo mi się cholernie ckniło za górami – w tym stanie nogi i przy uwzględnieniu pory roku (wrzesień) wybrałem Góry Świętokrzyskie. Zrobiłem to w piątek po południu, zaś – według kolegów „bażantów”, którzy pozostali w jednostce – dopiero we wtorek na apelu (mniemany) dowódca zapytał tkliwie: „A gdzie jest ta kurwa Kasprzak?!” (Przy czym nie miało to związku z moją orientacją seksualną, bo on tym epitetem częstował każdego.) Koledzy odpowiedzieli w moim imieniu: „Wróci w czwartek… Pojechał w Góry Świętokrzyskie.” Kiedy radosny i wypoczęty od tego cyrku wróciłem doń z powrotem, dostałem 5 dni ZOMZ-u. „Nieźle!” – pomyślałem sobie – „Za każdy dzień „samowolki” jeden dzień ZOMZ-u”. Tym bardziej, że kolega, który wrócił z urlopu (jakiegoś wesela?) spóźniony parę godzin z powodu ówczesnych pociągów, zainkasował „siódemkę”!
I to był drugi, pozostały element (poza karygodnymi błędami w hierarchii i dowodzeniu), który od tej chwili pozwolił mi się nastawić na – powiedzmy wprost – dywersję wobec wszystkiego, co tam się działo: całkowicie „rozjechany” system kar! To ja „piątkę” a on „siódemkę”??? Kiedy na „szkółce” dowodzący mną „bażant” dał mi jakąś naganę czy upomnienie, to się wściekałem: „Za co to? To niesprawiedliwe!” A tutaj ilość ZOMZ-u zależna jest od aktualnego humoru danego „biedaka”? A, to sram na was!!!...
Przy tej karze zapomniał „biedak” o jednym: o „cywilkach”, które wówczas tylko „bażanty” na praktykach mogły mieć w szafce („szwejki” może miały tak pod koniec brania do wojska z poboru). Polegało to na tym, że można było „wypisać się” na baterii lub na biurze przepustek… albo przejść w tych „cywilkach” przez bramę u „niebieskich beretów” (istniało dogodne, legalne przejście między obiema jednostkami), gdzie nikt o moim ZOMZ-ie nie wiedział. Za punkt honoru postawiłem sobie, że ani jednego dnia ZOMZ-u nie spędzę w jednostce. (A poza tym, to często mi się zdarzało… pozostać na pododdziale.) Byłem w kinie, następnego dnia w teatrze (jest w Słupsku, a przynajmniej był!), potem coś jeszcze, a na końcu pojechałem do pobliskiego Lęborka, czyli miasta mojego rodzinnego, gdzie wrzuciłem matce węgiel do piwnicy.
„Czemu tak?” – zapyta ktoś. Czy rzeczywiście musiałem tak postępować? Nie, gdyby można było się z tymi „trepami” dogadać. Jeżeli mówią: „Wypisz się i wychodź!”, to niech nie wynajdują mi roboty na popołudnie, bo zauważyli, że właśnie się „wypisałem” albo przyszedłem bezpośrednio do nich pytać o zgodę. W tej sytuacji lepiej było „wypisać się” na biurze przepustek, ale to budziło ich złość, bo czemu nie na baterii? „Samowolka” była w tej sytuacji jedynym logicznym rozwiązaniem, skoro do roboty na popołudnie nic nie dostawałem jedynie w te dni, kiedy nie oznajmiałem, iż chcę wyjść na miasto. To chyba wskutek tego postanowiłem odpocząć w Górach Świętokrzyskich…
W tym momencie można już objaśnić technikę niewykonywania rozkazów w wojsku. Po otrzymaniu jakiegokolwiek polecenia od jednego z tych dwóch „trepów”: porucznika (dowódcy) czy ogniomistrza Sołoduchy (szefa kompanii), należy udać się do drugiego z nich w celu uzyskania rozkazu dokładnie przeciwnego (lub też jakoś wykluczającego wykonanie tego poprzedniego). A potem wystarczy rozłożyć ręce: „Ależ, panowie… Najpierw uzgadniajcie te rzeczy między sobą!” Przy tym systemie dowodzenia i karania – to działa!!!
Inna metoda polega na wykończeniu nerwowym tego dowódcy, który akurat jest obecny. (Porucznika było mi żal, więc dręczyłem tak tylko „sierściucha”.) Trzeba sobie wyobrazić taką sytuację: na „bażantarnię”, gdzie na „wozach” leżą podchorążowie i chcą jedynie w tym stanie pozostać, wpada dyżurny i mówi do mnie, że szef kompanii wzywa. Ale powstrzymuje mnie, mówiąc, iż jeszcze chwilkę mamy poczekać, co tylko mnie wkurza, bo właśnie z najwyższą niechęcią zacząłem się z „wozu” zwlekać. (Ta boląca od czasu do czasu noga też dobrze mnie nie nastrajała.) Indagowany, o co chodzi, chłopak w końcu się wygadał, że „sierściuch” łyknął aż dwa „uspokajacze” przed spotkaniem ze mną i trzeba poczekać aż zadziałają. Tu musicie sobie wyobrazić mój wyraz twarzy przechodzący w sataniczny, no i dalej wiadomo: po nie dłużej niż pięciu minutach od mojego wejścia do pokoju Sołoduchy, rzeczony szef już rzucał pianą po ścianach! Ja to naprawdę potrafię…
Dyżurni potrafią chlapać ozorem na obie strony, o czym dowiedziałem się… od matki! Na przykład jak raz się rozeźliłem, że znowu trzeba się z „wozu” ruszyć, rzuciłem tekst: „Ja tych pierdolonych „trepów” w końcu zastrzelę!”, po czym natychmiast zapomniałem o sprawie. Jednakże matka w swoje imieniny (już po moim pobycie w wojsku) o tym mi przypomniała.
Jak do tego doszło? Musieli się tego wystraszyć, co w złości powiedziałem i zaraz zapomniałem. Tymczasem na apelu pułkowym dowódca popełnił niewybaczalny błąd i ogłosił, że jednostka „wykonała już plan pięcioletni” w zakresie ilości przestępstw, samowolnych oddaleń, wypadków specjalnych i temu podobnych pierdół. Każdy, kto był w tym cyrku, wie, co oznaczają słowa: „Od tej chwili zero przestępstw, wypadków itp.” Iż od tego momentu mogę już iść na całość, bo żadne nowe „pierdoły” z wyżej wymienionych nie będą nikomu zgłaszane ani nawet odnotowywane, dla mnie było jasne. Dla nich też!
Jednakże każdemu dzbankowi ucho może się urwać. Toteż byłem bardzo zdziwiony, gdy mi moje „trepy” oznajmiły, że wezwali do mnie – 25-letniego chłopa – moją matkę. Gdy, będąc w kiblu, usłyszałem nierozpoznany głos kobiety, omal tam nie wykorkowałem: „Co oni z moją matką zrobili? Co jej powiedzieli?” Dopiero potem okazało się, że matka mówi swoim głosem a tamto to był głos mojej ciotki ze Słupska, która jej towarzyszyła. „Biedaków” rozmowa z moją mamą była mniej więcej taka: „Niech pani coś zrobi! Może ma pani na niego jakiś wpływ, bo my już nie dajemy rady…” Właśnie o tym dowiedziałem się od mamy na jej imieninach już jako cywil, jak również, czemu przestali mnie brać na strzelnicę – a ja to tak bardzo lubiłem, jako jedyną rzecz w wojsku, która mi jeszcze przypominała wojsko! Myślałem, że to dlatego, iż podczas przemarszu w te i we wte psułem im szyk, przez co kazali mi iść chodnikiem obok. (Jeden inteligentny zawodowy z tej jednostki wyraził to nawet dość dowcipnie: „Podchorąży, stąpacie jak kasztanka Piłsudskiego!”) Po rzeczonych imieninach odpowiedziałem mamie: „Jak oni mogli? Jak śmieli tak o sobie myśleć?! Że niby, co? Że zastrzelę takiego „trepa” a potem pójdę siedzieć (albo wisieć) jak za człowieka???!!!”
Tego samego dnia, co i wizytę matki z ciotką, miałem nieco później prawdziwą niespodziankę: kazali mi iść do sztabu, a konkretnie do biura dowódcy pułku, bo tam już na mnie prokurator czeka… Wtedy po raz pierwszy w armii pomyślałem, iż może trochę przesadziłem, ale że lubię taką „adrenalinkę”, postanowiłem sprawdzić, co będzie dalej. Po drodze zaś próbowałem opracować jakąś taktykę postępowania, gdyż tym razem to chyba nie przelewki! Skoro jednak żyję i piszę te słowa, to macie niezbity dowód, iż wszystko poszło jak po maśle… Pora więc opowiedzieć, jak rozmawia się z oficerem, który okazuje się inteligentnym facetem.
Najpierw jednak wizyta w pokoju dowódcy pułku. Pełno tam było jakichś „trepów”, którzy kazali mi stanąć na baczność a ja tak długo ich wkurwiałem pozycją na spocznij, aż zrozumieli, że moja noga naprawdę na to nie pozwala dłużej niż przez chwilę (to się ciągnęło potem jeszcze przez parę lat). Pierdolili coś tam, m. in. kapitan, którego przedstawili mi jako prokuratora, praktykował srogie miny oraz straszył wyrokami – a ja zaczynałem właśnie dochodzić do wniosku, że chuj z tego będzie… Wobec tego zacząłem się rozzuchwalać i powiedziałem, że bardzo męczy mnie to stanie (w dość już rozluźnionym „spocznij”) a chciałbym sobie jeszcze z „panem kapitanem” zamienić parę słów na osobności. Czyli, w domyśle: wszystkie „biedaki” won! (Ale to tylko w moim domyśle.) Odszczeknęli się jeszcze, że nie „pan kapitan” tylko „obywatel kapitan” i wszyscy – razem z dowódcą pułku – poszli sobie precz z jego pokoju. (Ale prawdę mówili, gdyż w owym czasach regulaminowo można się było zwracać jedynie per „obywatelu” lub… „towarzyszu”!)
„Panu kapitanowi”, nieco starszemu ode mnie, od razu zaproponowałem, byśmy usiedli na kanapie pułkownika („Bo mi noga już cierpnie…”). Zebrałem się w sobie i wypaliłem tak: „PIERDOLĘ ZWIĄZEK RADZIECKI I WSZYSTKIE BRATERSKIE SOJUSZE, TAKOŻ USTRÓJ SOCJALISTYCZNY I PRZEWODNIĄ SIŁĘ PARTYJNĄ. WKURWIA MNIE BURDEL PANUJĄCY W CAŁYM TYM PAŃSTEWKU, WOJSKU POLSKIM A W TEJ JEDNOSTCE W SZCZEGÓLNOŚCI. POZA TYM SRAM NA ZŁOŻONĄ PRZYSIĘGĘ, BO JESTEM TYLKO CYWILEM PRZYMUSZONYM DO TEGO MUNDURU!” (I tu opisałem mu przebieg „krzywoprzysięstwa”.) „A TERAZ, PANIE KAPITANIE, PROSZĘ DAĆ MI TE OBIECANE DWA LATA I ŚWIĘTY SPOKÓJ, BO DZIŚ MI JESZCZE MATKĘ DO JEDNOSTKI CIĄGALI…” Zaś pan kapitan, pardon: obywatel kapitan, uczynił coś takiego, iż szczenę niemalże na podłodze szukałem… ale to nie to, co myślicie! Mianowicie odparował: „Ależ ja się całkowicie z panem zgadzam!”
„Oż, kurwa!” – pomyślałem sobie – „I po co tak się pieklę, skoro wiem, że to wszystko i tak jest jedna wielka fanfaronada”. Koniec końców uzgodniliśmy, że jak będę dalej rozrabiał, to nikt nie ma prawa do mnie, tylko on jeden, a on daje mi te dwa lata. „Przy okazji, podchorąży, mówicie coś o bałaganie w tym pułku. Wiecie, ja czasem jeżdżę służbowo po jednostkach, a każdy ma zawsze prawo przyjść do mnie z pominięciem drogi służbowej…”
Znowu mi adrenalina skoczyła: „Jak mam być pańskim „gumowym uchem”, to wolę już do pierdla!” „No, dobrze, już dobrze… Tak tylko proponowałem, w ramach skarg i zażaleń…” Po czym rozstaliśmy się w pokoju… Lecz ja, wychodząc z tego pokoju, pomyślałem sobie jedno: „Nigdy wam, „biedaki”, nie powiem, czy podpisałem coś z prokuratorem (o współpracy) czy nie! Pozostawię was w słodkiej niepewności… Za to będę robił to, co zawsze, a moje poczucie bezkarności upewni was, że nieco jest na rzeczy.”
Coś się jednak zmieniło. Od tej chwili, jeżeli czegoś ode mnie chcieli, to nie wydawali bezsensownych rozkazów, tylko uzgadniali ze mną, co i jak ma być zrobione, aby było OK. Nawet w kwestii przepustek nastał consensus, gdyż dotarło już do nich, iż nie kryję się ze swoją orientacją seksualną przed żołnierzami. Oczywista, nie omieszkali powiadomić o tym moją matkę! Mówili jej te same gadki, co dotąd mi: „My wiemy, że on tak tylko udaje, bo chce do cywila, lecz tak łatwo mu z nami nie pójdzie.” Teraz gadka była inna: jak mnie „zaswędzi” (nie wnikali, z przodu czy z tyłu), to mam przyjść po przepustkę i „na bank” ją dostanę! Jednak ja już przyzwyczaiłem się do „samowolek”…
Gdy naprawdę na czymś im zależało, potrafili zachowywać się jakby byli ludźmi! Na przykład „sierściuch” poprosił mnie i kolegę, byśmy w mroźną noc odstali w kolejce po lodówkę dlań (sam miał wtedy służbę) i meldowali się komitetowi kolejkowemu na żądanie. (Czy dzisiejsze wojsko w ogóle wie, o czym piszę?) Za to cały następny dzień mieliśmy odsypiać nie niepokojeni przez nikogo. I tak się naprawdę stało! Do dziś pamiętam ten niezwykle doniosły przypadek zgodności słów i czynów w polskiej armii.
Ciągle jednak pozostała do rozwiązania najistotniejsza w wojsku sprawa: jak tu się wydostać do cywila na dobre! Demoralizacja wojska wiadomym sposobem pedalskim? Owszem, w ramach działania wielotorowego (wszakże ten „smaczek” pozostawię na koniec tej opowieści). Czemu jednak nie na nogę, skoro lekarz mi już dał skierowanie na komisję lekarską do Wrocławia? (Nie pamiętam już, dlaczego według rejonu SPR-u a nie aktualnej jednostki. Chyba tam były moje wyniki badań powypadkowych.) Bateryjne „trepy” doskonale od dawna o tym wiedziały, lecz nie chciały mnie puścić („Bo nie!”) – pewnie z obawy, że odniosę sukces. Zatem pojechałem tam pociągiem w ramach… kolejnej „samowolki”!
O mało nie zakończyła się na samym początku, gdyż szef zorientował się, że zniknąłem ja i moje „cywilki”, zaś mundury pozostały. Wziął jakiegoś przydupasa „szwejowskiego”, taksówkę (potem potrącili mi za nią z żołdu) i dawaj za mną na dworzec PKS! Myśleli, że jadę do Lęborka. Jednak autobus Świnoujście – Gdańsk (przez Słupsk) akurat odjechał im sprzed nosa, więc poniechali ścigania. Ja zaś siedziałem tam – niewidziany i niewidzący – w autobusie jadącym do Sławna. Do pociągu planowałem wsiąść tamże, po zwiedzeniu tego ślicznego miasteczka. Poza tym, nie chciałem, by mnie dorwali na stacji PKP (przeczuwałem, że będą mnie gonić – jak się okazało, słusznie). Gdy mój pociąg spóźnił się do Sławna ponad godzinę (to pierwsza stacja za Słupskiem – a tam zaczynał!), byłem gotów założyć się (tylko z kim?), iż Sołoducha zatrzymał go na starcie oraz przetrząsał przedziały i… sracze!
Po perypetiach komisyjno-szpitalnych (w szpitalu Marynarki Wojennej w Gdańsku-Oliwie spędziłem chyba miesiąc) zostałem wreszcie uznany za cywila! Ale od dnia, gdy komisja – tym razem w Kołobrzegu – wydała ostateczny werdykt, do chwili, kiedy ta decyzja dotarła do jednostki i pododdziału, minął kolejny miesiąc. (W sumie w MON-ie straciłem 10 miesięcy, ale jednak te dwa ostatnie uciąłem sobie!) Przez ten miesiąc byłem naprawdę cywilem w wojsku, gdyż wszystko już było wiadomo…
Jednak ten czas moje „biedaki” postanowiły jakoś wykorzystać i posłali mnie do Głębokiego, gdyż tam miał odbyć się poligon jakiejś jednostki remontowej, naprawiającej samochody i inny sprzęt wojskowy. Chyba nie mieli kogo innego pod ręką, ja się nudziłem, więc się zgodziłem. Załadowali jakiś złom samochodowy na wagony, mnie i dwóch „szwejków” do KL (wagon kryty ludzki, czyli „oświęcimski”) razem z piecykiem, który potem o mało nas nie zaczadził (był to luty) – i… hajda! Po dwóch-trzech dniach już byliśmy na miejscu… i wtedy okazało się, że pułku remontowego na tym poligonie (jeszcze) nie ma! Po prostu, w telegramach rozesłanych do jednostek z ofertą napraw w warunkach polowych pośpieszyli się z podanym terminem równo o miesiąc!!! Nie ma dla nas (i wielu innych) miejsc w namiotach (na chybcika postawili jakiś dziurawy dla przyjezdnych) – a tu mroźna noc nadchodzi… No, i najważniejsze w tej biurokratycznej instytucji: nasze atestaty (żarcie + spanie) wprawdzie były wystawione na Głębokie, lecz na jednostkę, której tam nie ma… Kurwa mać!!!
I to właśnie nazywa się mieć szczęście w życiu! Na początku zupełny klops: lada chwila mam być cywilem – mam tu czekać miesiąc?! Jeden z moich żołnierzy miał mieć zabieg w szpitalu (jakieś tłuszczaki na nogach, czy coś), drugi się przeziębił… Kto będzie pilnował tego złomu przez miesiąc?! W tym oto momencie: „Mieciu, a co ty, u diabła, tu robisz?!” Bowiem właśnie przyuważyłem kolegę ze szkoły średniej, który akurat także był „bażantem” i też ze swoim wojskiem przywiózł samochody do naprawy.
A dalej już poszło… Wojsko jakoś tam rozmieszczono w namiotach, lecz „szlachta” ani myślała tam spać. Poszliśmy z Mietkiem do budynku – takiego ni to hotelu, ni to pensjonatu, ni to sztabu. Wolnych miejsc, oczywiście, nie było, lecz specjalnie dla nas pani popatrzyła w grafik i okazało się, że jest jeden pokój z dwoma łóżkami. Wolny, ale zajęty (to taka specyfika tamtych czasów jak „opóźniony pociąg przyśpieszony z Krakowa do Gdyni…”). Zajęty, bo zajęty, lecz wolny, gdyż panowie „trepowie” pojechali na jedną dobę precz i na pewno za szybko nie wrócą… Bylebyśmy za bardzo nie wygnietli i nie wybrudzili pościeli – tak ma być, aby po powrocie nic nie poznali! Nasza odzież po tej podróży KL-kami nie była najczystsza, więc Mietkowi zaproponowałem, byśmy po umyciu się poszli spać nago. Oczywiście, natychmiast padł ofiarą molestowania seksualnego, lecz jakoś się wybronił.
W ramach traktatu pokojowego uzgodniłem z nim, że zaopiekuje się moim sprzętem oraz dopilnuje przeziębionego chłopaka w szpitalu polowym, zaś ja zaraz rano biorę drugiego (z tłuszczakami) za… plecak i pieszo wędrujemy we dwóch – bez żadnych przepustek i innej zbędnej biurokracji do miejscowości, o której tamtejsi poligonowcy donieśli nam, że jeździ stamtąd samochód przewożący pracowników do jeszcze innej miejscowości, skąd już można dostać się PKS-em na stację kolejową w Stargardzie Szczecińskim i… do Słupska! A miałem do pomocy… mapę samochodową Polski, pewną orientację w terenie, wynikającą z doświadczenia turystycznego, oraz… koniec języka za przewodnika! Trzeba przyznać, iż napotkani mundurowi nie byli upierdliwi w dopytywaniu się o przepustki, tylko chętnie wskazywali drogę, jak tu wydostać się z tego poligonu. W końcu szczęśliwie dostaliśmy się do jednostki w Słupsku. Rzecz jasna, oczekiwałem wyrazów uznania ze strony przełożonych za tak sprawne załatwienie całego tego galimatiasu, lecz każdy, kto zna ten resort, wie, iż nie ma nic bardziej pojebanego od takich „je-biedaków”.
Najpierw była piana („ogłupiacze” nie pomagały), potem znowu piana (dalej nie pomagały), lecz potem udało mi się zadać im pytanie, czy chcą posłuchać mojej wersji. Odpowiedzieli twierdząco, więc streściłem im wszystko, z pominięciem molestowania seksualnego kolegi. I dopiero wtedy zaczęli wyglądać na zadowolonych. Ja zaś za parę dni STAŁEM SIĘ ZNOWU CYWILEM! Koniec tego teatrum.
I na tym iście mógłbym tę historię zakończyć. Zapytacie jednak: A gdzie obiecany „smaczek”?! Fakt, coś mało było tu wątków pedalskich… Zanim pośpieszę to zaniedbanie nadrobić, chcę zapodać tzw. myśl ogólną. Czy postępowałbym w wojsku i w ogóle w życiu inaczej, gdybym pedałem nie był? Oj, chyba tak! Byłbym konformistą, robiącym w gacie ze strachu przed każdym głupkiem, w hierarchii wyżej ode mnie postawionym. A to rodzina, dzieci na utrzymaniu, a to trzeba przecież z ludźmi w zgodzie żyć, aby to wszystko jakoś wyglądało. I tak dalej – wy, heterycy, to znacie... Teraz, gdy mam „mężonę” już trzynasty rok a na dodatek starzeję się, też nie jestem już tak rewolucyjny jak kiedyś. Lecz jako rasowy pedał i tak jestem wyklęty przez bogoojczyźniane społeczeństwo. Kimkolwiek bym był, jakiekolwiek bym miał osiągnięcia zawodowe czy inne, dla większości z was to wszystko nie istnieje. Ja daję dupy (na ten przykład, bo może robię jeszcze coś innego) – i to w pełni mnie definiuje – w oczach tzw. „normalnej” większości. No, to ja pierdolę taką normalność!!! Skoro i tak jestem poza normą – to sam sobie normy stanowię, zaś rozum (logika) będzie mi jedynym sędzią – przypominam, że z wykształcenia matematykiem jestem i… ateistą! Wszystko, co tu powyżej było, to praktyczna wykładnia tej zasady.
Wreszcie przechodzę do elementów quasi-pornograficznych. Nie było tego znowu aż tak wiele, ale za to zabawne. Na szkółce nie miałem potrzeby zanadto szaleć, bo w końcu byłem między ludźmi na poziomie (nasi zawodowi oficerowie wyraźnie odczuwali kompleks wobec nas, absolwentów wyższych szkół cywilnych, i starali się nie podpaść), zatem aż tak bardzo ta rzeczywistość mnie nie wkurwiała. Zadowalałem się lewiznami... Co innego praktyka. Na osobniki o innej wrażliwośći (nie twierdzę, że wyższej lub niższej, lepszej czy gorszej – po prostu innej...) taki posrany cyrk działa jak płachta na byka! Od urodzenia jesteśmy atakowani „normami” przeciwnymi (naszej) naturze i gdy taki heteroseksualny (a jednak zapedalony) cyrk przechodzi na nieakceptowalne poziomy – przynajmniej ja zaczynam szaleć!
A dodatkowy powód był znakomity: przecież to najkrótsza droga do cywila! Nie będę w ciągu dwóch tygodni przed pójściem na komisję lekarską trzymać ping-pongową piłkę w dupie. Będę robił to, co lubię, i w ten sposób upiekę dwie pieczenie na jednym ogniu. Ponieważ ze wszech miar starałem się pokazać „dziadkom”, że mogą mi najwyżej „naskoczyć”, razu pewnego przyszedłem w samej piżamie do izby żołnierskiej po capstrzyku i jednemu z „młodych” po prostu wlazłem do łóżka. Chłopak był tak speszony, że nic – w zasadzie – nie było, ale wkurwieni „starzy” nie mogli tego znieść i w końcu mnie stamtąd wypędzili. Rano „biedaki” od razu go wysłali na izbę chorych, zapewne w przekonaniu iż od „macanek” dostał w prezencie AIDS (którego, nota bene, nie mam do dziś).
Ziarno demoralizacji zostało już zasiane! Celowo i świadomie działałem na szkodę sił zbrojnych PRL, zaś w tej chwili zastanawiam się, czy nie powinienem udać się do Urzędu ds. Kombatantów, by załatwić sobie jakąś rentę za walkę z komunizmem. W końcu podobnych bohaterów jest v Polsku od cholery!
Chłopaki namierzyły jednego „młodego” jako tzw. „króla prysznica” i któregoś dnia postanowiły zrobić mi niespodziankę. „Podchorąży przyjdzie do nas” – zaprosił mnie jeden na izbę. „A po kiego czorta?!”- odrzekłem. „Prosimy tylko na chwilę...” No, dobra... Dokuśtykałem tam (krokiem kasztanki Piłsudskiego) i co widzę: czterech chłopaków trzyma wyrywającego się z całych sił „młodego”, który miał opuszczone spodnie i majtki – a między nogami... nawet, nawet! Był tak wystraszony, że tylko moje wprawne oko mogło ocenić jak bardzo mu się od tego skurczył. Od razu poprosiłem „szwejków”: „Puśćcie go! Przecież widzicie, że nic tam nie ma.” I dali mu spokój. Ja jednak sobie to „nic” zapamiętałam... Zatem jeszcze kiedyś tego „młodego” wsadzili mi do pustego pokoju w „bażantarni”. Chyba to było z mojej inicjatywy, oni to od razu podłapali, zaś „młodzi” bali się „fali”. Tak czy siak, trafił do mnie nagusieńki a ja próbowałam go uspokojić, że na pewno go nie zgwałcę. Chłopak był jednak niechętny, więc jak tu zgwałcić faceta, który sam tego nie chce? Najlepsze było to, iż jego głowa – ta górna – w kwestii chuci meldowała mi coś dokładnie przeciwnego niż „dolna”. A był to widok wart tych zabiegów! W końcu jednak, zdezorientowany w kwestii tego, czego chłopak naprawdę chce, wpuściłem dobijających się do drzwi „starych”, którzy go zabrali. W razie czego, zaświadczam uroczyście: nic nie było!
Były tam jeszcze jakieś drobne „sekscesy”, lecz nie pamiętam ich – za wyjątkiem dwóch. W pierwszym z nich, jednemu rudemu tłumaczyłem, że za tydzień potrzebuję przepustkę, więc ma za parę dni iść do szefa kompanii (czyli właściwego dowódcy) i powiedzieć, że go molestowałem. A gdyby tego nie zrobił, to ja się zabiorę do niego naprawdę! Każdy, kto widziałby tego rudzielca, wiedziałby, iż to niemożliwe, a w dodatku wiadomo też, że co rude, to fałszywe. Na drugi dzień Sołoducha mnie wzywa i, czyniąc przy tym głupawe uśmieszki, rzecze: „Przecież umówiliśmy się, podchorąży, że jak was „zaswędzi”, to damy wam przepustkę.” Ja na to: „To ten rudy przygłup tak się wystraszył, że już dziś przyleciał „kapować”? Kurwa, ja ten urlop potrzebuję dopiero za tydzień!” Chyba nie dostałem go...
Inny zabawny eksces odbył się w wykonaniu pewnego naprawdę dobrego żołnierza, który dorwał mnie w drzwiach i zaczął masować mi cycki jak kobiecie – oczywiście, na oczach całej baterii! Myślałem, że się upił, lecz on po prostu tak dla jaj... A że naprawdę był dobry, niech świadczy fakt, iż „trepy” – przy ogólnej aprobacie wojska – awansowały go na kaprala albo i plutonowego. Nowomianowany „platynowy” ani myślał chwalić za to ojczyznę. Gdy na wieczornym apelu dowódca (nominalny) baterii odczytywał decyzję o jego awansie, chłopak wystąpił wyprężony przed szereg i krzyknął: „KARA!” Znowu było pełno piany na pododdziale – za to ja byłam w siódmym niebie! Moja szkoła...
Na sam koniec zapodam jeszcze jedną tzw. myśl ogólną. Nurtuje mnie, czy tak samo zachowywałby się pedał, KTÓRY CHCE BYĆ W WOJU? Jestem głęboko przekonany, że nie. Taki człowiek po prostu musi to lubić, skoro sam chce do MON-u iść – nie ma innego wyjścia. No, chyba że to ucieczka „do przodu”... przed bezrobociem. Ale i wówczas, jak myślę, akceptowałby te wasze reguły gry, które mi osobiście były (i są nadal) obce a nienawistne! Teraz, gdy idzie się do woja jako do zawodowej pracy (a nie z przymusu), to odrzucanie takich ludzi jest po prostu łamaniem praw człowieka i obywatela. „Koleżanki” amerykańskie nie tylko dlatego wojują o prawo do służby w armii, bo tak ją kochają. To po prostu jest kwestia (nie)dyskryminacji. Czy myślicie, że te wymalowane „damy” w woalach i ze strusimi piórami w dupie chcą walczyć w błocie i pocie? Chcą tylko mieć do tego prawo!!!
Wiesław Kasprzak
- Zaloguj się lub zarejestruj by komentować
Zaciągnij sie (logowanie)
*Przypomnij hasło |
Pomoc
Nie zaciągnąłeś się jeszcze? załóż sobie konto.
By oglądać tą stronę potrzebujesz dodatku Flash Player w wersji 8 lub wyższej
By oglądać tą stronę potrzebujesz dodatku Flash Player w wersji 8 lub wyższej
By oglądać tą stronę potrzebujesz dodatku Flash Player w wersji 8 lub wyższej






Wazelinka
To pewne na Glebokim byles.
NIE ROZUMIEM!
Komentarze, które tu były, najpierw zniknęły, zaś teraz pojawiły się ponownie...
Co pedał..
Brawo Wiesiu.
Chłopaku, wspaniały jesteś.
cool cześć.
A TERAZ MOŻECIE JUŻ SIĘ WYŻYWAĆ...
... nad tym tekstem i jego autorem.
Masz fajne "pióro"... :)
jesli tak można powiedzieć,co zaś do autora to mówie tylko za siebie, mi to "loto" kto z kim śpi,ważne żeby się wyspał, i to tyle w tym temacie...
UŻYWAJĄC TWOJEGO SFORMUŁOWANIA...
... to nie mam pióra, ale mam za to całkiem fajną klawiaturę (bezprzewodową). Oprócz tego, mam też... myszkę! Ale nie taką jak (domyślnie) lubisz... za to też bezprzewodową!
W związku z ową "myszką" przypomniał mi się następujący "wic" o Mośku i Salci.
Mosiek z Salcią idą do łóżka, więc Salcia zaczyna się rozbierać. Zdjęła perukę, potem sztuczny nos. Wyjęła jedno sztuczne oko, potem drugie... Bardzo zmartwiło Mośka, gdy wyjęła nie tylko sztuczną szczękę, lecz i wargi! Ale gdy zaczęła odejmować sobie sztuczne nogi, Mosiek nie wytrzymał i rzekł: "Salcie! Najlepiej weź mi "to" podaj..."
salcia i mosiek
Może mam awersję, bo na kompani mieliśmy dwóch pedałów, najpierw się nienawidzili a później lizali po kątach, zaraz szef zrobił z nimi porządek i nie było skurwienia na kompani, ale co do pedalskich dowcipów to ich nigdy nie rozumiałem i nie rozumiem. Masz trochę bujną wyobraźnie i pewnie byś chciał żeby niektóre sytuacje się zdażyły, no ale to są tylko chęci twojej chorej wyobrażni. NIE WIESZ CO TO FALA i pewnie ze swoimi pedalskimi ciągotkami siedziałeś cicho jak mysz pod miotłą, polow z twych opisow tutaj to bujda na resorach, bo chociaż byłeś bażantem to starzy by cie zrownali z ziemia no chyba że byłeś w samym pedalskim wojsku. Podzielam opinię jednego z kolegów dupa jest od srania a nie od wkładania. Więc czym ty tu się chwalisz masz chyba coś pod sufitem nie równo. Albo już dawno się nie spuszczałeś i sperma mózg ci rozpierdala. Jak tak dalej pójdzie to na to forum zlecą się wszystkie możliwie zboczone mendy jakie chodzą po ziemi. A na zawołanie a chuj ci w dupę to od razu pewnie ci staje.
TYLKO W OSTATNIM ZDANIU MASZ RACJĘ!
A wszystkie poprzednie w Twojej wypowiedzi nadają się... no, właśnie do dupy! Gdyż ona nie tylko do srania, jak widać, służy...
Moje wypowiedzi
Chciałeś zabłysnąć i zabłysnąłeś. Masz bujną pedalską wyobraźnię i tyle. Morze byś chciał żeby każdy Cię popychał ale to jest wytwór tylko Twojej chorej wyobraźni. O wojsku wiesz tyle co o budowie statków kosmicznych i lotach w kosmos a fale to pewnie na jeziorze widziałeś. Możesz se moje wypowiedzi wsadzić w dupę jak chcesz może Cie podniecą tyle z tego będziesz miał pożytku. Lecz się na nogi bo na głowę już za późno. Przez takich głąbów jak Ty ludzie stad uciekają.