A

A

A

Bałkański bajzel – ciąg dalszy

Bałkański bajzel

Tydzień temu opublikowaliśmy w „Listach rezerwisty” wartki, soczysty list Marka Popowskiego, który w latach 90. był na Bałkanach tłumaczem oraz oficerem łącznikowym. Dziś ciąg dalszy tej zajmującej lektury.

List do przyjaciela
Minął już rok mojego kiblowania w Chorwacji i tej absurdalnej zabawy w wojnę. Rejon odpowiedzialności Polskiego Batalionu w kilku punktach jest dość ciężki, ale dużo niebezpieczniej  jest w Bośni, gdzie codziennie giną żołnierze z Międzynarodowych Sił Pokojowych. Największego pecha mają Francuzi, których zginęła już setka (naszych dopiero sześciu odwieziono rodzinom do kraju). W odróżnieniu od oficerów, do Bośni jeżdżę z zadowoleniem. Decyduje o tym przepiękny krajobraz, ciekawe góry oraz nieodłączna adrenalina. Jak już pisałem, jest tutaj w batalionie kupa świrów i niebezpiecznych matołów. Są to przeważnie szeregowi żołnierze delegowani na wojnę z kilkunastu jednostek w kraju. Ich debilni przełożeni, zamiast wyselekcjonować sprawdzonych ludzi, wypchnęli na wojnę uciążliwy element, czym stworzyli na Bałkanach ogromne zagrożenie dla nas i dla nich samych. Kilka jednostek w kraju pozbyło się pijaków i oszołomów, a teraz nasze dowództwo próbuje zapanować nad tym bajzlem. Pułkownik K. nie ma na to wpływu i po cichu modli się, by nie doszło do kolejnej tragedii.
Wojsko zawodowe jest całkiem niezłe. Są tu oficerowie z Olsztyna, wybrzeża, Wrocławia, Opola i Warszawy. Natknąłem się na kilku ciekawych i profesjonalnie działających ludzi. Najlepsi są z otoczenia dowódcy. Na początku brakowało mi kumpli, ale szybko się nauczyłem, że w polskim wojsku lepiej jest mieć do czynienia z wrogiem niż z przyjacielem. Nasi mają ciekawą, starą zasadę - dzień bez podpierdolenia, to dzień stracony. Tak więc donoszą jak mogą, jeden na drugiego i można zauważyć, że większości kapusiom sprawia to wielką przyjemność. Najczęściej wygląda to tak: Panie Pułkowniku, nie wiem czy to ważne, ale kapral Kowalczyk wynosi produkty z kuchni i dokarmia nimi psy na mieście, lub: Panie Pułkowniku, nie wiem czy to ważne, ale sierżant Nowak znowu podczas patrolu zesrał się w gacie ze strachu itd. itp.
Przez ponad pół roku nikt poza ścisłym dowództwem nie wiedział, że jestem cywilem i wszystko szło gładko. Ostatnio, pijąc brudzia z takim śmierdzącym chorążym, co to się myje systematycznie raz na tydzień, wypaplałem, że jestem nauczycielem. Wieść szybko się rozniosła po kwaterach i dwóch durniów ze sztabu, będąc po kilku głębszych, próbowało zaczepki ze mną.  Poznali wtedy upierdliwego faceta z niewyparzoną gębą i ostrym jak bagnet dowcipem. Chłopcy nieźle dostali w kość. Za jednym wstawił się nawet zastępca dowódcy i pewnego razu osobiście mnie poprosił bym majorowi odpuścił, bo się biedak jeszcze powiesi z rozpaczy. Prawdopodobnie w każdej armii jest wielu takich tępoli, zboczeńców i degeneratów. Gdyby wojsko opierało się na mądrości i logice, to nikt nie chciałby dupy nadstawiać, nie byłoby wojen a ja nie miałbym tak zajebistych przeżyć oraz dobrze płatnej roboty. Ale fala wojskowa tu jest i szybko ją można zobaczyć.
Raz, pewien porucznik z dumą mi opowiadał, jak niedawno w kraju kazał swoim podwładnym ciągać żołnierza gołym tyłkiem po śniegu, bo tamten unikał prysznica. Ciągnęli faceta za nogi po lodowatej powierzchni dotąd, aż się ta krwią nie upaprała. Przedwczoraj, gdy ów oficerek kolejny raz zalał się w trupa, został przez swoich szeregowców z zemsty oblany moczem po głowie i to prosto z żołnierskiego fajfusa.
(...) Jak widzisz nie nudzę się. Dotychczas brałem udział w setkach wyjazdów i spotkań, z których zazwyczaj wynika wiele ale na bardzo krótko. Po kilku dniach spokoju strony konfliktu znów ostro się napierniczają.
W zeszłym miesiącu mieliśmy poważne negocjacje w sprawie kolejnego przerwania ognia Serbów i Muzułmanów. Po spotkaniu delegacja serbskich oficerów zaprosiła dowództwo sił pokojowych na domowy poczęstunek. Miejscowy gospodarz wyłożył na stół świeże wiosenne warzywa i chleb z własnego wypieku. W olbrzymie kielichy co raz dolewał pachnącą owocami rakiję, także domowej roboty. Wszyscy Serbowie, francuski i duński oficer oraz mój dowódca, piliśmy służbowo, jakby po kropelce. Tylko szycha z Sektora Północnego co chwila wznosił upierdliwe toasty i szybko opróżniał do dna kieliszek. Nachalnie zmuszał do picia siedzącego przy nim serbskiego pułkownika Marko Relića, który mając już dość wódki, na znak protestu odsuwał flaszkę  daleko od siebie. Po godzinie biesiady nasz wielki wódz był już dobrze zalany. Zrobił się agresywny i wygłaszał obraźliwe opinie o Serbach, które dla złagodzenia sytuacji próbowałem nieco inaczej tłumaczyć. W końcu złapał za włosy opornego sąsiada, odchylił mu głowę do tyłu i zaczął na siłę go poić piwem z butelki jak cielaka. Wykrzykiwał przy tym po polsku, że tu na Bałkanach tylko on jest Car!
Serbowie poważnie się obrazili i natychmiast odeszli od stołu, ale tamten ruszył za nimi. Mój dowódca nie zdążył go zatrzymać i doszło tam do nieprzyjemnej szarpaniny, która o mało co nie zakończyła się pojedynkiem obu panów na pistolety. Oficerowie zachodni oniemieli z wrażenia. Na szczęście, chwilowo, całą sytuację uratował olbrzymi "paw", którego w pewnym momencie nasz wysoki oficer kilkoma krótkimi seriami puścił sobie na mundur i natychmiast usnął jak dziecię. (...)
Już następnego ranka w całej polskiej strefie Serbskie wojsko zablokowało główne drogi i odcięło od sztabu kilka naszych posterunków. Sytuacja była napięta i niebezpieczna. Patrole nie wyjechały na drogi i nie było wiadomo, czym może skończyć się ta niespodziewana dominacja siły. Na prośbę dowódcy Polskiego Batalionu pojechałem do serbskiego sztabu brygady załatwiać ugodę. Wymyśliłem przeprosiny w imieniu bałwana, który jeszcze z pewnością miał wielkiego kaca i nie wiadomo było, czy w ogóle wie jak bardzo narozrabiał. Dowódcą lokalnej brygady był pułkownik Marko Relić, ofiara zeszłego wieczoru. Relić przed wojną był oficerem Jugosłowiańskiej Armii i przez wiele lat służył w Słowenii. Odróżniał się od większości tutejszych oficerów wysoką kulturą i zdecydowaniem. Podczas wielu spotkań i negocjacji zauważyłem, że ceni on mój profesjonalizm i zaangażowanie w  sprawy pomocy humanitarnej dla cywilnej ludności. Teraz postanowiłem to wykorzystać i przykry incydent zakończył się pomyślnie koło południa ale jego konsekwencje dawały się nam we znaki jeszcze przez 2 tygodnie.   
A propos pomocy humanitarnej. Przyjechała tu niedawno Ochojska. Wymyśliliśmy, że nie przekażemy darów do lokalnego Czerwonego Krzyża, ponieważ zarządzają nim sami skrajni nacjonaliści i uzbrojeni po zęby złodzieje. Postanowiliśmy, że produkty pierwszej potrzeby zapakujemy na 2-3 tarpany i sami będziemy rozwozić je ludziom zamieszkałym w niedostępnym terenie. Wyruszyliśmy w góry rankiem. Odwiedzaliśmy oddalone od drogi małe wioski, pojedyncze domki i prymitywne ziemianki, w których zazwyczaj zamieszkiwali biedni, wystraszeni, samotni staruszkowie. W czasie drogi robiliśmy niewielkie paczki składające się z oleju, mąki, cukru, mydła, szamponu i jakiś słodyczy. Teren był rzadko odwiedzany, co dla samochodów mogło być niebezpieczne z powodu min. W pewnym momencie, gdy podczas postoju kompletowałem paczki Ochojska wyszła z samochodu o jednej kuli. Trzymając małą paczkę pod pachą poszła na skróty przez pole do oddalonej o 100 metrów chaty. Jak to zobaczyłem - zdrętwiałem. Nawet miejscowi unikali takich spacerów. Krzyknąłem, by się zatrzymała. Byłem tak wściekły na nią, że nawet jej tam dobrze nawsadzałem. Pamiętam, jak krzyczałem: Janka! Zatrzymaj się! Ciebie chyba pojebało! Nie dość, że masz te kulasy chore, to jeszcze ci kurwa życie nie miłe?!
Ale co było robić. Jakoś ją ściągnęliśmy z tego pola. Miejscowi ludzie byli szczęśliwi gdy otrzymali te skromne dary. Większość staruszków płakało i próbowało całować nas po rękach. Jak widzisz, nie jest łatwo pomagać innym. 

Bałkany

Miałem jednak szczęście,że słuźyłem w LWP a nie teraz w tym syfie jakim jest
WP ,i nie było wtedy żadnej głupiej wyprawy na wojenkę.
Kadra reprezentowała inny poziom,no i nie było tylu kretynów (poborowych)
Każdy musiał znać się na sprzencie jaki obsługiwał,no chyba ,że był odporny na wiedzę wtedy szedł do wartowniczej,

ot i polska żeczywistośc

ot i polska żeczywistośc zawsze powtarzam ze mało jaki trep jest normalny a po kilku głębszych to oni wszyscy są półtora RAMBO

...

godz 14:51
Czekam na dalszy ciąg!!!

Bałkański bajzel

Echhhhh...
Wiecie co?... czyta się te wspomnienia, jak sciencie-fiction! Autentycznie.
Nie umiem powiedzieć, na ile są one prawdziwe i rzeczywiste, ale...
Po dwóch latach spędzonych onegdaj w "syfie" - jestem w stanie prawie bezkrytycznie uwierzyć w to, co napisane. Jest to takie prawdopodobne... że aż straszne....
Zresztą, sprawa z Afganistanu - coś tu niewymownie potwierdza...
Nie daj boże wojny...

Opowiedz nam swoją:
śmieszną,
odjechaną,
niebezpieczną...
czytaj więcej

Nasza trybuna honorowa
Kto ważny odbiera nasze defilady
czytaj więcej

I Ty możesz awansować, dostać order lub pochwałę przed frontem oddziału
czytaj więcej

Na chustę
Na "godzinę piątą"
Na przystojniaka WP
Konkurs kibica
czytaj więcej