A

A

A

Bałkański bajzel, albo hełm i 3 prezerwatywy

Dzisiejszy list rezerwisty został napisany, gdy autor nie był jeszcze rezerwistą, lecz żołnierzem na misji w targanej wojną Jugosławii. Marek Popowski napisał go do przyjaciela w Polsce. Sam był na Bałkanach tłumaczem oraz oficerem łącznikowym. To lektura niezwykła.

                                                                                                                      maj 1993 roku   / b. Jugosławia /
                                                                                                                        - strefa okupowana Chorwacji -
                                                         Drogi przyjacielu

          W Polskim Batalionie w Chorwacji służę już kilka miesięcy. Powoli przyzwyczajam się do munduru i częstych wybuchów oraz do tego, że wokół mnie stale roi się od uzbrojonych po zęby chłopów. (...) Nadal jednak, nijak, nie mogę pojąć, co ja właściwie tu robię na tej przeklętej wojnie. (...) A zaczęło się tak.

Z kieleckiej jednostki wojskowej, szkolącej polskie kadry zawodowe dla potrzeb międzynarodowych misji pokojowych, wyjechałem pod koniec lutego. Cała kompania wojska, ok. 110 żołnierzy, transportowana była do Krakowa autokarami. Jako najwyższy stopniem w tej grupie (uzupełnieniu) zostałem zrobiony odpowiedzialnym za fracht i dwie ciężarówki, które kazano mi osobiście doprowadzić na krakowskie lotnisko wojskowe. Wyobraź sobie, że nie miałem zielonego pojęcia co to jest  fracht.  Na wszelki wypadek powiedziałem: "tak jest Panie Pułkowniku!". Przez pół dnia miałem cykora i sądziłem nawet, że fracht to rodzaj łódki albo amfibia. Wiesz,  jacht – fracht, itd. Ale pojazd wodny, w górach, w Jugosławii? Coś tu nie grało. Wieczorem zjawili się u mnie jacyś żołnierze z zielonymi płóciennymi worami i krótko zameldowali: Panie poruczniku przynieśliśmy fracht! - Nie masz pojęcia jak mi ulżyło.

       Kolejna wpadka miała miejsce już następnego ranka. Kiedy w koszarach zawodowi oficerowie jeszcze spali, ja cywil, trzęsąc się z zimna, na trzaskającym mrozie, nadzorowałem załadunek dwóch zdezelowanych ciężarówek. Cały ten fracht zmieścił się w jednym aucie, ale mówiono, że powracające z misji wojsko wiezie z Chorwacji całe tony lewej gorzały. I oto nadszedł najważniejszy dzień w moim życiu. Dwaj kompletnie zieloni żołnierze-kierowcy ruszyli w drogę na mój pierwszy rozkaz.

Jednak pech nadal mnie nie opuszczał. Śniegu na drodze było co niemiara i nadal nieźle sypało. Po 20 km podskakiwania w lodowatej kabinie, na wpół przegnitego stara, okazało się, że szofer jadący z tyłu to zwyczajna sierota. Przemarznięty na kość gnał swym rupieciem z zawrotną prędkością 50 km/h. Szybko obliczyłem, że nie dotrę do celu na wyznaczony mi przez dowództwo czas odlotu. Nie wiedziałem co robić. Pierwsze w życiu zadanie i taka plama. Najgorsze, że w pobliżu nie było ani mamy ani taty. W końcu przesiadłem się za kierownicę tego trupa i popędziłem z max. szybkością 80 km/h. Miałem wielkiego pietra, bo gdyby się co stało, to przecież, jak to w wojsku - "nie  było rozkazu".

      Z jazdą byłem akurat na bieżąco. Podczas specjalistycznego szkolenia na poligonie w Kielcach, na tzw. Bukówce, z wielką ochotą siadywałem za kółko stara 200, co wielu tamtejszych oficerów uważało za nienormalne. To było bardziej ciekawe niż strzelanie i bieganie w gaz-masce. Przełożeni kilkakrotnie wypominali mi, że nie jestem szeregowcem i jako porucznik powinienem się bardziej szanować. Te zielone matoły uważały, że nie ma potrzeby wszystkiego się uczyć. Powiem Ci, że gdyby nie łapówka w postaci dwóch butelek wódki dla pewnego kapitana, to niczego bym się tam nie nauczył. Ogólnie mówiąc, rezultaty tego dziwnego szkolenia, zwłaszcza w odniesieniu do żołnierzy zawodowych, były mizerne. Kilkakrotnie przyglądałem się jak wygląda takie „szkolenie” kadry oficerskiej przybyłej z kilku jednostek w kraju. Paniska leżą w wyrach do 10-ej. Ci, co wieczorem popili za dużo podnoszą się z łóżek dopiero na obiad. Dzisiaj mogę spokojnie powiedzieć, że całe to Kieleckie Wojskowe Centrum Szkoleniowe, to o kant dupy rozbić. Oni tam powinni małpy, a nie wojsko ćwiczyć.
       
     Na wojskowym lotnisku w Krakowie okazało się, że o jakimś samolocie, do jakiejś tam Jugosławii, nikt nic nie słyszał. Kłopot był to nie lada jaki, bo ten samolot, co to go armia załatwiała, miał zabrać z Chorwacji do kraju dużą grupę żołnierzy, z tą wielką ilością gorzały. Odlot opóźniał się już o dobre 5 godzin i wszyscy byli zdenerwowani. Na zapytania żołnierzy, czy mogą pójść coś przekąsić, zrównoważonym tonem odpowiadałem, aby się jeszcze chwilę wstrzymali. Nie miałem pojęcia, co tu się dzieje, ale starałem się pocieszać tych młodych i wystraszonych wyjazdem na wojnę chłopaków. Zapewniałem ich, że w samolocie, który zaraz po nas przyleci, będą seksowne stewardesy, a one zawsze serwują coś dobrego do zjedzenia. Po 6 godzinach oczekiwania, zamiast do TU 154 z ładnymi laseczkami na pokładzie, zapakowano nas do IŁ-a 76, jednego z największych samolotów transportowych latających obecnie po Europie. Wierz mi, gdyby nie obecność na jego pokładzie trzech zachodnich obserwatorów wojskowych z ONZ, którzy kontrolują, czy nie ma przemytu broni, to żadna siła nie zaciągnęła by mnie na tę latającą trumnę.  (...)
    Załoga tego latającego bydlaka była w całości rosyjska i jak na złość męska. Olbrzymi grubas w cywilu (kapitan) zapewniał mnie dowcipnie, że jego kamanda wyjątkowo dzisiaj jest trzeźwa. Jednak moje obawy o własne życie i 300 niemieckich marek, które kurczowo trzymałem w kieszeni, ustały dopiero z chwilą, gdy samaljot wylądował w Zagrzebiu. Trzeba przyznać, że chłopcy siedli na płycie lotniska tak lekko, jak sportowa  awionetka. - Maładcy! 
Z chorwackiego lotniska natychmiast skierowaliśmy się prosto na południe. Jechaliśmy w konwoju złożonym z kilkunastu specjalnie oznaczonych pojazdów UN-u (ONZ). Po godzinie jazdy, w małej miejscowości Turanj, minęliśmy strefę walk i nieustannych zawieszeń ognia. Wokół wszystko było zrujnowane i świeżo ostrzelane z broni wszelkiego kalibru. Ludzie mieli takiego pietra, że w eleganckim wojskowym autobusie aż śmierdziało. Pewien plutonowy, łapiąc mnie za rękę, przerażony pytał, czy jeszcze wrócimy żywi do kraju. Gdybym wcześniej podobnych rzeczy nie widział, będąc kilka razy w Bośni z pomocą humanitarną, to pierwszy bym się w gacie ze strachu zesrał. Muszę przyznać, że to w czasie tego przejazdu przez linię frontu, po raz pierwszy zacząłem się zastanawiać, czy jestem zupełnie normalny i czy aby jest warto. Teraz jest już dobrze. Bywa tylko zwykły ludzki niepokój, gdy kilka razy dziennie wjeżdża się w niewyobrażalnie zniszczony teren, pomiędzy tysiące min, liczne detonacje i wystrzały z kałacha. (...) Ostatnio, nie wiem za co, ale mianowano mnie do stopnia kapitana. Pieniędzy mi od tego nie przybyło, ale teraz więcej ludzi się przede mną płaszczy i na baczność prostuje. (...)
Kilka dni temu kolejny raz pojechałem z dowódcą Polskiego Batalionu na międzynarodowy meeting do kwatery Francuskiego Sektora, do Bośni. Trasa była trudna a w terenowym Tarpanie niesamowicie trzęsło i okropnie się kurzyło. Gdy minęliśmy spokojnie najniebezpieczniejsze odcinki drogi staremu poprawił się nastrój i było widać, że chce sobie pogadać. W pewnym momencie zapytał mnie: "Panie Kapitanie, jaki Pan ma pistolet ?". Praktycznie, bez zastanowienia odpowiedziałem: " krótki Panie Pułkowniku, ale żona się nie skarży!".  Spojrzał na mnie dziwnie i nic nie powiedział. Do dzisiaj nie wiem, o co mu właściwie chodziło. 'A propos. Dostałem z przydziału pistolet model P-64, cal. 9mm oraz 12 naboi. Przydzielono mi także służbowo: hełm, kamizelkę kuloodporną, cztery baterie R6  i trzy (francuskie!) prezerwatywy. Wygląda na to, że jeżeli jakiś brodaty Serb nie zechce mnie tu wyjebać, to gumy przydadzą się dopiero w kraju. Nadal kombinuję, do czego te baterie, ponieważ większość oficerów bierze, ile się da. Trudno jest tu nie zauważyć, że sporo naszych panów oficerów zachowuje się, jak ten Tomuś z "Czterech pancernych". Zbierają i chomikują wszystko, co im w łapy wpadnie: sznurki, druty, taśmy, gwoździe, wkłady, a nawet, na wpół zapisane zeszyty.
Większość moich rodaków, także i tutaj, potwornie chleje. Początkowo sądziłem, że jedni nie wytrzymują obciążeń psychicznych związanych z wojną, a inni, cierpią na brak rodziny. Najprawdopodobniej jednak, dla większości oficerów, przyczyną nadmiernego spożywania alkoholu jest przyzwyczajenie i to, że nie mogą się oni pogodzić z faktem, iż gorzała w wojskowej kantynie jest tańsza od Coca Coli. Na przykład: 1 litr Gorbatchova kosztuje tylko 2,5$, a butelka Coli aż 2,8o. W upalne dni, zamiast napoju, chłopaki kupują  wódkę, a do popicia biorą kolejnego literka, bo w sumie wychodzi taniej o 30 centów. Major, z którym mieszkam na tej samej kwaterze, co najmniej raz w tygodniu porządnie się zapruwa. Zawsze przychodzi z libacji późno po północy i po chwili zwraca wszystko na podłogę koło łóżka. Ponieważ, jak wielu oficerów WP uwielbia czosnek,  smród w naszej kwaterze jest niesamowity. Ale chłop się nie przejmuje. Rano wstaje i przykrywa to wszystko prześcieradłem, a potem idzie odpocząć na służbę. Sprząta po sobie dopiero po południu.
Jak wiesz, nie jestem zwolennikiem picia czystej wódki, ale w takim towarzystwie i w takich okolicznościach, dla higieny psychicznej, będę musiał zacząć. Na razie, powoli się przymierzam do cienkich drinków. Chorwaci mają tu dobre piwo, ale unikam go ze strachu. Nie chodzi oto, że może być zatrute. Ale wyobraź sobie, że prawie połowa polskiej oficerskiej kadry zawodowej ma czerwone od picia nochale i wielgachne brzuchy, które nadal rosną. Kilku wysokich rangą oficerów wygląda, jak ten Wańka-wstańka i ledwo się porusza. Ponieważ żarcia jest tutaj dużo, zwłaszcza zawodowi wchłaniają w siebie wszystko to, co się za darmo od armii należy. Potem, w małych podgrupach, zalewają to żarło litrami ciepłego piwa. Wieczorami, w messie, dochodzi tani koniaczek, a później, na pokojach, króluje Żytnia i Absolut, w ilościach wręcz nie do uwierzenia.
Ogólnie biorąc, ludzie ze ścisłego dowództwa są w porządku. Tylko kilku oficerów i większość żołnierzy ze służby zasadniczej, zamiast kamizelek kuloodpornych, powinno nosić kaftany bezpieczeństwa. Ciekaw jestem, kto i na jakich zasadach przysłał tu tylu świrów. Nasz zaimprowizowany areszt i izolatka ciągle są pełne jakiś wariatów. By i mi nie odbiło, zacząłem poważnie przymierzać się do solidnego uprawiania sportu. Na razie biegam. Co dzień, regularnie, po 5-6 km pod górę, za takim małym wysportowanym sierżantem. Ale jak go kiedy dopadnę, będzie mój (!). Gdy tylko dostanę z kraju rakietę, to dojdzie tenis.
Najciekawszy jest mój bezpośredni szef (szef wydziału operacyjnego). Ostatnio, gdy w naszym rejonie Serbowie naparzali się ostro z Chorwatami, Ten kazał mi pojechać na linię frontu i zapowiedzieć stronom konfliktu, aby przestały strzelać do siebie. Zapytałem go wtedy, czy nie lepiej byłoby od razu kazać im tę wojnę zakończyć, bo… po co będę dwa razy ganiać. Facet strasznie się wkur… (wkurzył), więc znalazłem szybko jeszcze jednego durnia i razem wyruszyliśmy w teren. Strachu było sporo, bo oba nasze posterunki były cały czas pod ostrzałem. Na szczęście wszystko zakończyło się pomyślnie. Dopiero wieczorem okazało się, że pan major otrzymał od dowódcy polecenie wyjazdu na linię frontu. Miał wziąć pojazd opancerzony BRDM i sam załatwić tę sprawę, przy mojej asyście, tłumacza. Potrafię zrozumieć, że biedak ze strachu cywila na bój posłał, ale dlaczego Tarpanem z plandeką, a nie opancerzonym wozem bojowym.
Roboty mam dużo, a najczęściej, bardzo dużo. Codziennie poruszam się po górzystym i zalesionym terenie. Objeżdżam różne strefy walk, strefy zdemilitaryzowane, linie przerwania ognia, posterunki i miejsca wymiany ognia lub miejsca, w których zginęli lub zostali zamordowani ludzie. Jeśli chodzi o wojnę, to w budynku sztabu obecnie bezpośredniego zagrożenia nie ma, choć podrzucono tu dwa razy granat i wielokrotnie w naszą stronę strzelały pijane Serby (ja widzisz, bez rezultatu). Z oddali codziennie słychać huk artylerii, a nocą, bliskie wystrzały z ręcznej broni maszynowej.  Są jednak miejsca, gdzie za milion $ dłużej bym nie siedział. Kilka naszych punktów kontrolnych znajdują się po między dwoma napierdalającymi się bez sensu stronami. Bywa, że chłopcy przez pół dnia ze schronów nosa nie wysuwają. Nie raz, przez całą noc, siedzą podczas ostrzału w piwnico-ziemiankach, a gruz i piasek sypie im się na głowę. Nigdy nie wiadomo skąd padają wystrzały i gdzie nastąpią wybuchy. Na niektórych pozycjach mamy takie "umocnienia", że jakby w pobliżu spadł zabłąkany pocisk, np. z moździerza, to z namiotów nawet metka by się nie ostała. Ja, na razie, miałem tylko jedną taką noc i na dalsze się nie piszę.
Są także miejsca, gdzie tylko szczęście ratuje ludziom życie i trzeba przyznać, że jak dotąd, to ono nam dopisuje. Zrobione przez naszych saperów schrony wytrzymują wprawdzie uderzenie granatu o średnim kalibrze, ale gdyby tak spadła 120-ka, to klapa. Ja, gdy jeżdżę w te lub inne miejsca (tajemnica wojskowa), to jadę z samym dowódcą, albo z jakimś ważnym oficerem. Oni tu siedzą dość długo i nie są tacy głupi, żeby bez sensu dać się zabić. Najczęściej podczas takich wypraw w teren mam ochronę z 2 lub 4 żołnierzy. Armia dała mi broń, hełm, kamizelkę kulo-odporną (czyt. gówno-odporną), a gdy jest duże zagrożenie, to wszyscy poruszamy się w obecności transporterów opancerzonych, które co raz się psują. Sprzęt w dzień jeździ, a nocą jest remontowany. Horror! (...)
Musze przyznać, że rozczarowali mnie Serbowie. Wszyscy mają broń. Zawsze targają ze sobą załadowane i odbezpieczone spluwy. Pijani, czy trzeźwi, strzelają nieustannie, to na wiwat, to do Chorwatów, a to do Muzułmanów. Naszych posterunków też nie oszczędzają. W tym roku kropnęli już ponad setkę żołnierzy sił pokojowych. Strach koło nich przejeżdżać i przechodzić. Do części moich obowiązków należy m.in. spotykać się z nimi w terenie (nawet po kilka razy dziennie) i wypytywać - po co strzelali  /?/. Ja pierniczę!
Warunki  zakwaterowania w misji wojskowej, po za TV i żarciem, są raczej spartańskie. Brakuje wody, w kiblu wieje po dupie, ciągle nie ma prądu, itd. Powoli przyzwyczajam się, ale za 1.200 dolców trudno jest wybrzydzać. Lepiej tu dać się zabić za tysiąc baksów, jak w kraju, przez jakiegoś narkomana, za zegarek w łeb dostać. Takie czasy Bracie!
Słyszałem, że wczoraj w polskiej TV, jakaś dziennikarka wypowiadała się w dzienniku, że polscy żołnierze mają w Chorwacji domy publiczne i często z nich korzystają. A to kurwa!  To ja tu łeb nadstawiam, chłopaki dla utrzymania pokoju w Europie od miesięcy konia walą, a jakaś głupia koza ludziom wciska, że zamiast służyć ojczyźnie, robimy sobie dobrze i to za państwowe pieniądze. Nich ja ją kurwę w kraju złapię. Wiesz, trudno uwierzyć, ale w naszej strefie, z tymi sprawami jest bardzo krucho lub jak kto woli - sucho. Gdym się tylko do którejś miejscowej zbliżył, to wpierw Serby by mi obcięły jaja, a potem dowódca ptaka. Niedawno była u nas kolejna grupa pismaków z kraju. Wiem, że wtedy saperzy posuwali taką jedną dziennikarkę z wybrzeża, bo się szybko Finlandią skuła.
Kończę.  Sądzę, że jeszcze napiszę z raz do Ciebie. Jeżeli mnie lokalni wojownicy przypadkowo nie zabiją, to prędzej czy później zrobią to swoi. Jutro jadę obejrzeć Plitvickie Jeziora póki jeszcze są całe. Plitvice, to taka tutejsza Wieliczka. Zdarza się, że bywam także w Zagrzebiu. Jest bardzo ładny, ale aby tam dotrzeć trzeba dwakroć przejeżdżać przez linię frontu, czego okropnie nie lubię. Ostatnio jest to bardzo niebezpieczne zadanie i "Jadem tylko wtedy kiedy muszem". Teraz jest dość gorąco i przez kilka dni będę się kręcić wyłącznie w okolicach sztabu w oczekiwaniu, aż się te barany uspokoją, bo do wystrzelania się wszystkich między sobą jest jeszcze bardzo, a bardzo daleko.
Jak widzisz żyję i nadal uczę się życia. Kończę. Żegnam Cię wojskowym pozdrowieniem - Bądź zdrów i nie pierdol krów!

Do następnego listu
Twój nienormalny kumpel Marek

Od redakcji:

Skróty w nawiasach pochodzą od nas. Za tydzień następny list kapitana Marka.

ot i cala rzeczywistosc

A ja tez kiedyś chciałem pojechać na misje

Opowiedz nam swoją:
śmieszną,
odjechaną,
niebezpieczną...
czytaj więcej

Nasza trybuna honorowa
Kto ważny odbiera nasze defilady
czytaj więcej

I Ty możesz awansować, dostać order lub pochwałę przed frontem oddziału
czytaj więcej

Na chustę
Na "godzinę piątą"
Na przystojniaka WP
Konkurs kibica
czytaj więcej