A

A

A

Wódczane języka poplątanie

blyskawica.JPG

W moim pamiątkowym kalendarzu jest taki wierszyk: „Niech od wódki łeb nie boli za
trzy lata mej niedoli”. Zgadza się, ale pod warunkiem, że wie się co się pije i ile się pije. Z
tym wierszykiem skojarzyła mi się pewna historia.

        Sylwester. Mam z tym dniem ciekawe wspomnienia. No może nie ma się czym
specjalnie chwalić, ale wspomnienia jakie są, każdy wie... ulotne. Czas to opisać.
        Zaczęło się normalnie. Mój baniak (młody dziobak) wyraził chęć udania się na
przepustkę. Był zdyscyplinowany, więc zaczął ode mnie. Nie miałem nic przeciwko, ale dałem
warunek: zabierasz mnie ze sobą. Jak uradzili, tak zrobili.
Dziobak pochodził z Goleniowa. Czyli około jednej godziny jazdy pociągiem ze Świnoujścia. Otrzymawszy stosowne dokumenty - jedziemy.
Zjawiliśmy się u niego w domu około dwudziestej. Starych nie było. Chata wolna. No ale mnie bal samców nie interesował.
Dziobak zakręcił się co nieco po bloku, w którym mieszkał i okazało się, że po sąsiedzku jest imprezka. Warunkiem wstępu jest wniesienie wkupnego. Z tym problemów nie było. Mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc Dziobak zarządził kąpiel. Zmyjemy z siebie wojsko... Co nie znaczy, że nie zrobiliśmy tego wcześniej, na okręcie. Koleś ustalił kolejność zajęcia łazienki, po czym poinformował mnie, żebym zainteresował się barkiem.
Włączyłem więc telewizor marki „rubin 214” i otworzyłem barek. Wybór niesamowity. Koniaki, whisky, a i nasza „Bałtycka”. Dużo różnych kolorowych butelek o kształtach zwykłych i niezwykłych. Zacząłem przebierać w tym zestawie aby dobrać sobie coś odpowiedniego. Wtem z łazienki krzyknął Dziobak, żebym nie kombinował bo to i tak wszystko bimber, pędzony przez jego starego na działce.
No i bardzo dobrze. Dobry bimber jest lepszy od najlepszej gorzałki z górnej półki. Okazało się, że jego stary pracuje (wcześniej tego nie wiedziałem, a i mnie to nie interesowało) w goleniowskim anclu jako klawisz. A na działce zbudował małą manufakturę i pędził ile się tylko dało. Dobrze pędził.
Dostałem od Dziobaka cywilne ciuchy, zabraliśmy kilka tych „wyszukanych” butelek
z jednolitą zawartością i pukamy do drzwi naprzeciw. Imprezka w toku. Nie jest dobrze.
Zakłóciliśmy współczynnik pokrycia. No ale kto sprytniejszy... Nawet nie pamiętam, jak miała
na imię... Pamiętam za to północ. Potem nie pamiętam.
Obudziliśmy się już w nowym roku w mieszkaniu Dziobaka. Na moje pytania, czy nie „daliśmy ciała” wzruszył ramionami i odparł, że jeszcze mu nie opowiadali... Widać miał właściwe podejście. No i dobrze. Kaca nie ma - siwucha pierwsza klasa. No ale to dopiero pierwszy stycznia a przed nami jeszcze ponad 24h przepustki. Dziobak wykonał kilka telefonów do kumpli z cywila i znalazł rozwiązanie, co zrobić z czasem. Po obiedzie idziemy na miasto. Jesteśmy umówieni w knajpie z cywilami.
Bujamy się tak całe popołudnie. Czas załapać się na jakąś imprezkę. No jest dancing, ale w
Nowogardzie. Ładujemy się w kilku do taryfy, którą prowadzi znajomy Dziobaka. Niestety,
na dancingu klientów pełno i nas nie wpuszczają. Krótka narada, jedziemy do Stargardu.
Kilometry lecą. Taryfiarz wkurzony, bo okazuje się, że nie ma chętnego na pokrycie rachunku.
Ważne jednak, że mamy wejściówki na dancing. W ramach konsumpcji dostajemy po flaszce
na twarz. Jakaś nieistotna zakąska do tego. Będzie dobrze. Problemy zaczynają się
niebawem. Dziobak mi potem opowiadał, co się stało. Podobno zacząłem w jakimś dziwnym
(bliżej nieznanym) języku zagadywać do gości. Ci się wkurzyli i zrobiło się ”ciepło”. Koledzy
Dziobaka umożliwili mi ewakuację z lokalu. W samej koszuli. Sweter i kurtka zostały. A to
przecież zima była. Było na minusie kilka stopni. Błądziłem po Stargardzie jakiś czas.
Trafiłem wreszcie na wał. Historyczny wał. Taki kilkunastometrowy nasyp pamiętający
jeszcze pewnie księcia Przemysława. Próbowałem go obejść. Jednak w jedną i drugą stronę
wydawał się nie mieć końca. Przetrzeźwiałem na tyle żeby podjąć decyzję sforsowania wału
tak jak w średniowieczu. Zależało mi na tym, żeby wejść na górę i posłuchać co się dzieje w
okolicy. A dokładnie wyłowić z ciszy dźwięki dochodzące z stacji PKP. No cóż, kolejarz z
cywila. Wdrapałem się więc na szczyt i .... jest.
Udaję się w tamtym kierunku. Bingo. Jest stacja. Jest rozkład jazdy. Jest pociąg do Goleniowa. Ale nie ma najważniejszego: kieszenie puste!!! Nawet książeczka wojskowa z przepustką zostały w kieszeni kurtki. A kurtka - wiadomo gdzie. Przy kasach nie ma nikogo. Musiałem wzbudzić u kasjera litość. W koszuli...taki mróz.... dostałem bilet za darmo. Nadjechał pociąg.
Finał.
        Wysiadłem w Goleniowie. No i co z tego? jak ja nie wiem, który to blok. Próbuję
odtworzyć w pamięci drogę ze stacji do mieszkania Dziobaka. I okazało się, że trafiłem za
pierwszym podejściem. Z tym, że jest godzina piąta rano. Przecież nie będę budził całego
bloku, żeby wydumać, które to mieszkanie. Postanowiłem poczekać. Dobrze, że grzejniki na
klatce schodowej są ciepłe. Przytuliłem się do jednego z nich i złapała mnie drzemka. Gdzieś
w sennym zwidzie widziałem kobietę, która wyjrzała na klatkę schodową z jednego z
mieszkań. Potem okazało się że to była matka Dziobaka. Czyli drzemałem pod właściwymi
drzwiami! Obudziły mnie głośne rozmowy. Wracali kolesie z Dziobakiem na czele. A
dyskusja była na mój temat. Zastanawiali się, jak tu trafiłem. Najważniejsze, że odebrali z
szatni kurtkę. A w niej moje dokumenty. Sweter też. Od tamtej pory Dziobak zawsze mi
wypominał, że nigdy ze mną na gorzałkę się nie wybierze bo nie rozumie języka w jakim ja
potem mówię.

Mat rez. „Dziób” ORP 899 (Noteć)

 

 

Opowiedz nam swoją:
śmieszną,
odjechaną,
niebezpieczną...
czytaj więcej

Nasza trybuna honorowa
Kto ważny odbiera nasze defilady
czytaj więcej

I Ty możesz awansować, dostać order lub pochwałę przed frontem oddziału
czytaj więcej

Na chustę
Na "godzinę piątą"
Na przystojniaka WP
Konkurs kibica
czytaj więcej