A
A
A
Polski Indiana Jones w Iraku
Mało kto wie, że polskie wojsko musi zabierać ze sobą na misje do Iraku i Afganistanu nie tylko lekarzy, kucharzy, psychologów i mechaników, ale i archeologów. Po co? Wyjaśniamy w wywiadzie z Łukaszem Olędzkim.
- Czy kamizelka kuloodporna i hełm to strój archeologa?
- Każdy, kto wyjeżdża z bazy musi mieć na sobie taki sprzęt. W Iraku to podstawowe względy bezpieczeństwa. Zwłaszcza, gdy jedzie się w rejon wykopalisk. Ja jeżdżę z wojskiem, w konwoju. Tam bywa naprawdę niebezpiecznie i można zapomnieć, by pojechać sobie ot tak, bez obstawy i odpowiedniego sprzętu.
- Jest pan specjalistą od ochrony dóbr kultury z poznańskiego Uniwersytetu Adama Mickiewicza i jedynym polskim archeologiem w Iraku. Współpracował pan z kontyngentem wojskowym stacjonującym w Diwanii podczas VII zmiany polskich wojsk, na przełomie 2006/07 roku. Pobyt w Iraku dla archeologa to wyzwanie?
- Jadąc tu wiedziałem, że moja praca będzie miała niewiele wspólnego z archeologią, a więcej z ochroną dóbr kultury. To jest prawdziwe wyzwanie: obronić przez zniszczeniem i rabunkiem to, co zostało.
- Kradzieże dzieł sztuki są aż takim problemem?
- Tak, to niesamowity problem. Zaczęło się już po pierwszej wojnie w Zatoce Perskiej. W Iraku pojawiły się wtedy świetnie zorganizowane grupy zajmujące się masowym rabowaniem stanowisk archeologicznych. Działają do dziś, najaktywniej na pograniczu prowincji Diwanija (w której znajduje się baza Echo, gdzie stacjonują Polacy) i Wasit. Jest tu ponad tysiąc zarejestrowanych, bezcennych stanowisk.
- Czy w jakiś sposób chroni je policja?
- Zakłada przy najważniejszych stanowiskach specjalne posterunki. Tam dzień i noc czuwa, by chronić zabytki. Nie można postawić straży wszędzie, gdzie jest to potrzebne, bo nie ma wystarczającej liczby funkcjonariuszy, kiepsko jest z wyposażeniem i wyszkoleniem. Przestępcy, którzy przyjeżdżają rabować wykopaliska, to świetnie wyszkolone i uzbrojone po zęby grupy. Przeważnie rekrutują się z Irakijczyków. Mają powiązania z międzynarodową mafią handlu zabytkami. Nie mają skrupułów: strzelają, by zabić. W ubiegłym roku ostrzelano ekipę z National Geographic. Porwano też austriacką archeolog, która próbowała przeprowadzać badania na własną rękę.
- A na czym polega pana praca?
- Szkolę żołnierzy, żeby wiedzieli, czego nie wolno im stąd wywozić. To poważny problem, bo praktycznie cały Irak to teren dawnej Mezopotamii, jednej z kolebek współczesnej cywilizacji. W dalszym ciągu na każdym kroku można się tu natknąć na cenne zabytki. Trzeba je zabezpieczyć przed kradzieżą i zniszczeniem, i tym zajmuję się razem z żołnierzami z grupy współpracy cywilno- wojskowej (CIMIC). Z powietrza, bo tak jest bezpieczniej, monitorujemy stanowiska archeologiczne.
- Prowadził pan jakieś wykopaliska?
- Nawet mi nie wolno. W myśl Konwencji Haskiej nie wolno nam prowadzić żadnych prac w warunkach wojennych, a takie tu mamy.
- Posterunki policji odstraszają bandytów?
- Tam, gdzie jest policja, nie ma kradzieży. Ale dzień po dniu trwa prawdziwa walka ze światem przestępczym. Trwa rabunek i gangsterzy nie pozwalają, by ktokolwiek im w tym przeszkodził. Gdy w teren wyruszyła polska ekipa, naukowcy się załamali: są bezcenne stanowiska archeologiczne, które po prostu przestały istnieć. Wcześniej sporo pomagali też Włosi, utworzyli nawet w Nasiriji specjalny oddział karabinierów, wyspecjalizowany do walki ze zorganizowaną przestępczością. Ale po tym, jak kilku z nich zginęło w krwawym zamachu bombowym, ich wojska wycofały się z Iraku.
- Co pada łupem złodziei?
- Artefakty. Pieczęcie , tabliczki z pismem klinowym, elementy sztuki zdobniczej, dekoracje. I wszystko, co można znaleźć na stanowiskach archeologicznych, czyi zabytki z gliny i kamienia.
- Ale o tabliczki klinowe chyba nie trzeba się w Iraku zabijać. Żołnierze opowiadali mi, że w bazie w Babilonie leżało ich mnóstwo.
- To było tuż po wejściu wojsk do bazy. Ale rzeczywiście, nie jest to hit. Teraz w modzie są oryginalne pieczęcie cylindryczne. Chodzą na rynku po kilkanaście tysięcy dolarów za sztukę.
- Kto je kupuje? Trafiają na giełdę czy wprost do prywatnych kolekcji?
- To nie są zabytki konkretne, kradzione na zamówienie, jak np. cenne płótna. Ale gdy już wiadomo, co handlarz ma w ofercie, kolekcjoner zrobi wiele, żeby pamiątka z Iraku znalazła się w jego kolekcji. Na sztukę starożytną jest niesamowity popyt. Ile by złodzieje nie ukradli, zejdzie jak woda.
- Po wyjściu wojsk z bazy w Babilonie archeolodzy mówili o tym, że to właśnie stacjonujący tam żołnierze zniszczyli ruiny starożytnego miasta.
- To prawda, powstał nawet specjalny raport na ten temat. Gdy w 2003 roku do Iraku wchodziły siły koalicyjne, w Babilonie stacjonowała gwardia republikańska. Gdy tylko się wynieśli, lokalne grupy ludności wpadły tam rabując co się da. Zdewastowano muzeum, spłonęła biblioteka. Władze irackie same zwróciły się wtedy do koalicjantów o ochronę tego miejsca.
- Dziękuję za rozmowę
- Zaloguj się lub zarejestruj by komentować
Zaciągnij sie (logowanie)
*Przypomnij hasło |
Pomoc
Nie zaciągnąłeś się jeszcze? załóż sobie konto.
Menu specjalne: NASI MISJONARZE
By oglądać tą stronę potrzebujesz dodatku Flash Player w wersji 8 lub wyższej
By oglądać tą stronę potrzebujesz dodatku Flash Player w wersji 8 lub wyższej
By oglądać tą stronę potrzebujesz dodatku Flash Player w wersji 8 lub wyższej





