A
A
A
W Afganie i w Bośni, czyli o dwóch takich, którzy byli na misji
Darek i Andrzej byli zawodowymi żołnierzami. Spotkaliśmy się, żeby pogadać, bo wciąż trwa afera z chłopakami, którym zarzuca się celową masakrę w afgańskiej wsi. A Darek i Andrzej mówią, że gdyby ci chłopcy byli winni, to pociągnęliby z jakiegoś automatu serię po swoich wozach i każdy by uznał, że zwyczajnie, jak na wojnie, odpowiedzieli na atak.
I zamiast całej hecy, byłyby co najwyżej wyrazy ubolewania, jakieś nudne śledztwo i tyle.
Obaj byli na misjach. Darek w Afganistanie, zaraz na pierwszej w 2002. Mówi, że jak wtedy było pytanie, kto chce na misje, to zaraz się zgłosił. Bo czy po to się tyle szkolił, żeby gnuśnieć w jednostce?
Andrzej służył na Bałkanach. Chciał do lotnictwa, ale ma wadę wzroku. Dobrze, że na komisji Darek poszedł za niego na badanie, bo w ogóle by się do armii nie dostał.
Jak jest na misjach?
- Jaka to misja, to regularna wojna - mówi Darek. Ale nie taka, jaką toczył Rambo. Bo jak przyjechali do Afagnistanu i stanęli w prawie szczerym polu, i usłyszeli, że jak zamierzają spać, to muszą sobie namioty przygotować i tak dalej - to to była jeszcze normalna wojna. Ale zaraz potem wyszedł taki jeden z dowództwa i powiedział, że mają nosić berety.
Bo żołnierz ma być jak na rysunku. A na rysunku żołnierz jest w berecie. I w butach. Z goretexu, w których można chodzić nawet przy 40 stopniowym mrozie.
Ale w Afganistanie bywało plus 40. Ze łba pod beretem płynęły strumienie potu, a nogi śmierdziały po kwadransie. Kolegę rudego słońce tak sfajczyło, że musieli go odesłać do kraju.
Drugi dowodzący - opowiada Darek - ni w ząb nie znał angielskiego. Szkoda, bo może zająłby się czymś innym zamiast żołnierzami. Ale on nie miał wyjścia - musiał dowodzić chłopakami, więc dowodził jak umiał.
Darek: - To wyglądało tak. Jedziemy drogą Bagram-Kabul - zwanej drogą samobójców i nagle gdzieś ze skał ktoś pruje do nas z kałachów. Wypieprzamy z wozów i pakujemy za dekle kół samochodu. Każdy pruje w skały z wszystkiego, co mu Ojczyzna dała do czasu aż nadlecą amerykańskie Apache, których talibowie boją się bardziej niż możliwości, że Allacha nie ma. I po całej imprezie, gdy każdy cieszy się, że udało się przeżyć kolejny dzień, przychodzi ta menda dowódca i pyta, czy mamy pozbierane łuski?
Rączki całuję, pani Arabko!
Albo kiedyś przyjechał do nich Kwaśniewski. Jest taka ulica w Kabulu - Gold Street jak ją nazywają żołnierze z misji. Tam każdy handluje złotem. Jak nie złotem to prochami, albo bronią. Kałach chodzi po pięć dolców. No i - opowiada Darek - prezydent ze swoją i naszą obstawą jedzie przez te ulice. Raptem kolumna stanęła. I wyszedł jakiś przydupas Kwacha i zabiera się gadać z muzułmanką! I jeszcze ja chce w rękę całować! Rany boskie! Zaraz dym na całej ulicy. Brodaci faceci jak jeden rzucili się tłuc kijami te kobietę. Za to, że omal nie dała się dotknąć innemu facetowi, w dodatku cholernemu chrześcijaninowi! - Wypierdalaj do wozu, ale już! - drze się kolega do prezydenckiego przydupasa. Ludzie ukradkiem przeładowują broń, a wszyscy mają tylko jedną myśl: Jezu, żeby tamci nie zaczęli strzelać! Bo powiem ci jeszcze jedno - flaki mi się wywracają, gdy słyszę opowieści tych ciot, które nigdy na wojnie nie były, o tych talibach, co to honorowi są, że klękajcie narody! Bo talibowie to w większości brudne cwaniaki - tchórze chowający się za plecami swych kobiet i swych dzieci, gdy do nas strzelali. To handlarze prochami mający Koran tam, gdzie agnostyk Biblię. Więc gdy wtedy ruszyliśmy, żeby tylko wydostać się z tej zadymy, to każdy z nas bał się tylko jednego: gdy oni zaczną siekaninę, poleje się krew cywili. Ale jakoś wyjechaliśmy. Tylko w bazie tamten przydupas, jak już zmienił pampersa, zaczął wypytywać, który to z żołnierzy kazał jemu, reprezentantowi majestatu RP, wypierdalać. Nie pojął, że może któryś szeregowy zwyczajnie ocalił mu tyłek.
Wojna to biznes
Z wodą było krucho od początku. Jakoś żaden z generałów nie przewidział, że żołnierz w ważącej 40 kilo kamizelce kuloodpornej, z beretem na głowie i w butach na Antarktydę musi pić więcej niż kobieta w ciąży w klimacie umiarkowanym. I że kąpać się powinien, jeśli smrodem potu ma nie informować talibów o ruchach jednostki.
Wody pod dostatkiem mieli Amerykanie, to się podczepialiśmy do ich kolejki pod prysznic - opowiada Darek. Potem nasza armia zaprowadzająca ład pokój i sprawiedliwość w Afganistanie zorganizowała sobie na lewo kontenery, ale o tym nie mówmy, bo kto wie, czy dziś chłopakom to nie zaszkodzi. Zresztą wszyscy kombinowali, a czarni Amerykanie najbardziej przy prochach.
Bo wojna w Afganistanie to żadne tam starcie kultur (no może na początku), lecz zwykły biznes. Wojna to w ogóle najlepszy biznes na świecie, lepszy od show-biznesu - opowiadają. I to w każdym zakątku świata.
Darek: - Szliśmy na akcje likwidacji jakichś zapasów narkotyków. Czyli norma: opanowanie terenu, złożenie towaru na kupę i podpałka. Ale czarni po każdej akcji uparcie robili sobie manicure. Dasz wiarę, ile działek można wynieść pod paznokciami?
Andrzej: - Na mojej misji w Bośni kazali nam kiedyś przeprowadzić ogromną kolumnę ciężarówek do remontu. Przejechaliśmy konwojem na plac, postawiliśmy sprzęt. Po dwóch tygodniach przyjechaliśmy po naprawione samochody. Każdy stał dokładnie tam, gdzie go postawiliśmy. Nikt ani maski nie ruszył, ani drzwi nie otwierał. A faktury poszły, że legendy krążyły.
Afganistan daleko, a Bośnia pod bokiem, w dodatku na trasie do Grecji. Andrzej: - Ileż to myśmy mieli inspekcji! I to nie kilkudniowych, lecz najmarniej dwutygodniowych. Inspektorowały nas także małżonki inspektorów oraz ich córki-inspektorzanki oraz następcy tronów-inspektorowie. A wszyscy mieli zapewnione przez armię zakwaterowanie i samochody ze szwejem jako kierowcą do dyspozycji
A po misji rozwód
No ale o wojnie w knajpie przy piwie to możnaby gadać godzinami, a spotkaliśmy się w sprawie tych chłopaków, co to ponoć okryli hańbą całą armię, których kuto w kajdanki na oczach ich rodzin, którzy jeśli dopuścili się zarzucanych im zbrodni, muszą być zwyrodnialcami.
- Opowiem ci o sobie - mówi Darek: - Bo niedługo po powrocie z misji mnie też żandarmeria skuła i zawlokła do aresztu.
Żandarmi wzięli Darka z knajpy Andrzeja. Ze stacji Oktan przy obwodnicy. Darek dowiedział się, że go szukają, to z głupia frant do nich zadzwonił: Jestem tu i tu, o co biega?
Przyjechali zaraz po niego z bronią, kajdankami, skuli i zawieźli do aresztu.
Jak usłyszałem zarzuty, to oniemiałem - opowiada Darek: - Pierwszy, to posiadanie nielegalnej amunicji. Drugi - znęcanie nad żoną.
Amunicję miał. Kolekcjonerską, która nie pasowała do żadnej współczesnej broni. Nie w mieszkaniu, lecz w piwnicy, co jego żona składając zawiadomienie do prokuratury przeoczyła. - A znęcanie - uśmiecha się Darek: - Wiesz, facet przed sądem rodzinnym i tak nie ma szans. One zawsze są poszkodowane i bite, a gdy jeszcze sędzina zobaczy faceta po Afganistanie, to jej kobiecy instynkt podpowie jej, że to musi być nie człowiek, lecz bydlę.
Aresztu Darek nie wspomina całkiem źle, choć bezczelnemu gówniarzowi z żandarmerii musiał przypomnieć:
- Do żołnierza mówisz, gnoju!
Zrozumiał, bo z mety przestał go „tykać”.
- Poszedłem na propozycję rozwodu za porozumieniem - mówi Darek. Choć żona zanim uciekła z gachem pod Łódź, sczyściła mu konto z tego co zarobił w Afganistanie, z tego, co płacili mu tu, na miejscu, zostawiając 600 złotych długu. - Nie to mnie ubodło, ale to, że choć mam przyznane przez sąd widzenia z dziećmi, była żona mi ich zabrania. Ma w nosie wyrok sądu, a ja jestem w dodatku „afganiec” - czyli w potocznym pojęciu człowiek ze zwichniętą psychiką.
- Wszyscy nasi znajomi z woja, którzy przeszli przez misje są dziś rozwodnikami - uśmiecha się Andrzej.
Mirosław Olszewski
- Zaloguj się lub zarejestruj by komentować
Zaciągnij sie (logowanie)
*Przypomnij hasło |
Pomoc
Nie zaciągnąłeś się jeszcze? załóż sobie konto.
Menu specjalne: NASI MISJONARZE
By oglądać tą stronę potrzebujesz dodatku Flash Player w wersji 8 lub wyższej
By oglądać tą stronę potrzebujesz dodatku Flash Player w wersji 8 lub wyższej
By oglądać tą stronę potrzebujesz dodatku Flash Player w wersji 8 lub wyższej





