A

A

A

Mundial w wojsku (odc. 3)

piechniczek.jpg

Gdyby w GKS-ie cicho siedział, nigdy by się o nim Kiszczak nie dowiedział.Choć minęło przeszło dwadzieścia lat, Antoni Piechniczek wciąż denerwuje się, kiedy przypomina mu się sprawę Jerzego Wijasa, którego chciał powołać do reprezentacji Polsk-i na finały futbolowych mistrzostw świata 1986 roku w Meksyku i na nim zbudować koncepcję gry w drugich swoich światowych mistrzostwach.


A gdyby w GKS-ie Wijas cicho siedział, nigdy by się o nim generał Kiszczak nie dowiedział. I nie powołałby Wijasa do wojska.
   Jerzy Wijas - wychowanek górniczego klubu sportowego z Mysłowic - kiedy został piłkarzem pierwszoligowego GKS-u Katowice, mógł sobie nie zaprzątać głowy sprawami wojskowymi. Jako graczowi też górniczego klubu ze stolicy Górnego Śląska nie groziło pójście w kamasze, bo był zatrudniony - fikcyjnie, na tzw. lewym etacie, rzecz jasna - w kopalni i jako górnik przodowy nie podlegał służbie wojskowej. Z „Gieksy” też po raz pierwszy powołany został do reprezentacji Polski, w której jako katowiczanin zagrał w dziewięciu meczach.
   Jego piłkarskie szczęście powiększyło się, kiedy został piłkarzem bogatego Widzewa Łódź, w którym dużo lepiej niż w GKS-ie zarabiał. Grał jeszcze lepiej jak w Katowicach i nadal miał względy u selekcjonera kadry narodowej, Antoniego Piechniczka, będąc reprezentantem kraju.
W Widzewie skończyło się jednak jego życiowe szczęście, kiedy o jego wciąż cywilnym statusie przypomniała sobie armia, dowodzona wtedy przez generała Czesława Kiszczaka.
   A ponieważ od woja nie można było wyreklamować sportowca na etacie prządki, na domowy adres Jerzego Wijasa napływać seryjnie poczęły powołania do wojska. Uważany za wszechmocnego i wszystkomogącego prezes łódzkiego Widzewa, Ludwik Sobolewski (grający wtedy w łódzkim klubie Zbigniew Boniek z podziwem o prezesie: - Taka główka, a ile może!), który niejednego swojego podopiecznego bez odbywania służby swoimi sposobami przenosił do rezerwy, nakazał i Wijasowi nie odbierać biletów do jednostki wojskowej i czekać na pomyślny finał sprawy. Tym razem jednak prezes Ludwik Sobolewski przegrał z ministrem obrony narodowej.
   Jerzy Wijas zagrał jeszcze w jedynym w Opolu meczu reprezentacji Polski z Finlandią, a potem udał się na wieś, aby w sielskiej i siermiężnej rzeczywistości ćwiczyć na wojskowej grochówce musztrę, krok defiladowy i strzelanie w prowincjonalnej jednostce wojskowej, grając jednocześnie w piłkę w LZS Czarni Czarna. Zamiast popisywać się w Meksyku, meksykański Mundial mógł jednak oglądać z kolegami z wojska na ekranie armijnego telewizora. Zdaniem szefostwa Ministerstwa Obrony Narodowej, był widać bardziej przydatny ojczyźnie w mundurze szeregowca niż w biało-czerwonym stroju piłkarskiego reprezentanta.
   W Czarnych Czarne nie odpękał jednak dwóch lat. Resztę woja odsłużył znów na kopalnianym etacie w katowickim GKS-ie. Grał w nim do końca PRL-u, a potem na piłkarskie „saksy” wyjechał do Izraela i Niemiec. Nigdy już po wojsku nie odzyskał dawnej „widzewskiej” reprezentacyjnej formy. Granie zakończył w - a jakże - Górniku Lędziny (klasa okręgowa). Teraz najlepszym piłkarzem w rodzinie Wijasów jest z rzadka pierwszoligowy syn Jerzego.

Juliusz Stecki

gen. Kiszczak nie był

gen. Kiszczak nie był Ministrem Obrony Narodowej, tylko Sparaw Wewnętrznych w latach 1981-1990. Ministrem Obrony Narodowej w przedstawianej historii był gen. armii Florian Siwicki.

Opowiedz nam swoją:
śmieszną,
odjechaną,
niebezpieczną...
czytaj więcej

Nasza trybuna honorowa
Kto ważny odbiera nasze defilady
czytaj więcej

I Ty możesz awansować, dostać order lub pochwałę przed frontem oddziału
czytaj więcej

Na chustę
Na "godzinę piątą"
Na przystojniaka WP
Konkurs kibica
czytaj więcej