A
A
A
Kanar tez człowiek (i pije!)
Dziś w historiach Pana Żandarma intrygująca opowieść jednego z naszych rezerwistów. Dariusza Adamczewskiego. To kwintesencja PRL-u i całego ówczesnego wojska. Czytajcie.
Zdarzenie to miało miejsce wczesną jesienią 1984 roku. Był to 9 lub 10
miesiąc służby, czyli na tamte czasy jeszcze za - kota. Miejsce akcji -
areszt garnizonowy w Twierdzy Modlin, w którym co w pół roku
pełniliśmy służbę garnizonową. Traf chciał, że znalazł się tam mój
falista, tyle tylko, że był to żołnierz z WSW. Widać, że nie tylko my
"szweje" to podpadziochy. Ci z WSW także.
Nie muszę pisać jaką gehennę miał w areszcie. Ściganie na rożne sposoby. Słynne taczki wody zbierane sznurówkami, w jego przypadku miały miejsce. Wszystko to tylko za to, że
służył w "białych otokach". Na szczęście była to jego ostatnia doba w
„anclu”. Dzięki mojej pomocy jego ostatnie godziny w pudle
upłynęły w miarę spokojnie. Gdy ja kończyłem służbę, on opuszczał
areszt. Od tamtej pory nie widzieliśmy się, aż...
Minęły może 2 miesiące gdy na mieście, a konkretnie na
„trepowskim” osiedlu mieszkaniowym zatrzymał mnie patrol
WSW. Chodziliśmy tam wyłącznie w jednym celu, na zakupy lub
zatelefonować np. do domu. Nie to co dziś, każdy ma komórkę. Wtedy to
zatrzymanie wyglądało tak. Akurat telefonowałem, gdy nagle
zauważyłem zbliżające się w moim kierunku z dwa patrole WSW. Można
powiedzieć, że zostałem osaczony. Widząc, że nie mam szans na ucieczkę,
nie panikuję i nie uciekam. Czekam, aż sami do mnie podejdą.
Po chwili jeden z nich zatrzymuje mnie i legitymuje. Myślę sobie: jest już mokro,
ponieważ mieliśmy kategoryczny zakaz - pod karą - chodzenia w tamte
miejsca. Nagle dowódca patrolu uśmiecha się i zadaje mi zaskakujące
pytanie: czy mnie pamiętasz? Odpowiadam że nie! Sądziłem że to pytanie
miało związek z jakimś innym wcześniejszym zatrzymaniem, co w Modlinie
nie było rzadkością. Autentycznie, wtedy go nie rozpoznałem. Za to on
mnie od razu.
Wspomina o areszcie. Aha, teraz już wiem z kim mam do
czynienia! Pyta mnie, co tu robię? Odpowiadam, że przyszedłem
zatelefonować. Ni z gruszki ni z pietruszki słyszę tekst:
- Jeśli masz czas, to wpadnij dziś do mnie to sobie nieźle to odbijemy...
Jeśli ktoś zaprasza, to nie wypada odmawiać, prawda? Zaproszenie zostało przyjęte.
Gdy zjawiłem się u nich, zastałem urządzone przyjęcie na moją cześć. I to
jakie przyjęcie! W tym dniu, i w nocy także, w modlińskiej placówce WSW
gorzała lała się szerokim strumieniem jak płynąca za murami Twierdzy
rzeka Narew. Bankiet trwał do białego rana...
Od tego momentu byłem nietykalny dla "białych otoków". Miałem u nich -
carte blanche. Mało tego. Leszek - bo tak miał na imię żołnierz, o którym
mowa, odkręcił mnóstwo spraw z meldunkami. Dzięki temu zdarzeniu w
areszcie i naszej późniejszej przyjaźni, pomógł bardzo wielu żołnierzom
nie tylko z mojej, ale innych jednostek także.
Odkręcał meldunki przychodzące praktycznie z całej Polski. Oczywiście coś za coś. Ale to
"coś za coś" to był już mój pomysł. Za pozytywne załatwienie sprawy
zaliczaliśmy flaszę lub dwie. Fama, że jest ktoś, kto może pomóc
"skręcić" meldunek, błyskawicznie rozeszła się po Twierdzy Modlin. Od
tego momentu "klientów" na tego typu spraw mieliśmy codziennie kilku, a
wódki po same uszy! Cały ten interes z meldunkami tak się nam rozkręcił,
jak dobry biznes...
Dariusz Adamczewski
Od Generała Portala:
Gratuluję mózgowi, współczuję wątrobie. Dziękujemy za historię. Hajduku Darku, proszę zajrzeć do zakładki „Nagrody i odznaczenia”.
- Zaloguj się lub zarejestruj by komentować
Zaciągnij sie (logowanie)
*Przypomnij hasło |
Pomoc
Nie zaciągnąłeś się jeszcze? załóż sobie konto.
By oglądać tą stronę potrzebujesz dodatku Flash Player w wersji 8 lub wyższej
By oglądać tą stronę potrzebujesz dodatku Flash Player w wersji 8 lub wyższej
By oglądać tą stronę potrzebujesz dodatku Flash Player w wersji 8 lub wyższej





