A
A
A
Chorobliwa zazdrość o brzydką żonę
Pisaliśmy tu niedawno o zazdrości, która spala. Dziś o zazdrości, która popycha do szaleństwa i zamyka ludzi w piekle. Taka zazdrość dopadła pewnego chorążego z Wrocławia.
Tę historię opowiedział nam wojskowy psycholog, do którego trafiali żołnierze z problemami, o których sam mówi, że jak by się mocno starał, to by ich nie wymyślił.
Ten przypadek jest o pewnym chorobliwie zazdrosnym chorążym. Oddajemy głos doktorowi kapitanowi:
- Problemem tego chorążego były: zazdrość i zdumienie. Zazdrość o żonę i zdumienie, że mogło go to dopaść dwadzieścia cztery lata po ślubie. Na dodatek wobec kobiety, o której mówił, że była brzydka jak słonica w ciąży. Widziałem jej zdjęcia: miał niestety rację.
Spadło to na niego nagle, ciągnęło się już dwa lata i przybierało groteskowe formy.
Jego żona pracowała w policji, była księgową w komendzie. Taka komenda to jak ul wypełniony rojem samców: faceci w pokojach, faceci na schodach, faceci w bufecie. Mundury, kabury, oficerskie sznury. Chorąży był przekonany, że co najmniej połowa stanu osobowego miejskiej policji sypia z jego żoną. A druga połowa o niczym innym nie marzy. Skutkiem tego przeświadczenia były restrykcje, jakie nałożył na kobietę. Musiała przestrzegać ścisłych godzin powrotu, znosić telefoniczne kontrole, tolerować sprawdzanie billingów i smsowej korespondencji, asystować rewizjom w swojej torebce.
On osobiście wybierał jej ubrania, a zwłaszcza bieliznę, dbając o to, aby majtki i staniki były mniej powabne od worków na śmieci. Szufladę z kosmetykami odmykał dopiero w weekendy - tylko dla niego żona mogła się malować, choć i tak ani to na ni
ego nie działało, ani tego specjalnie nie wymagał.
W domu kazał zainstalować na tym samym kablu drugi telefon, aby móc na bieżąco podsłuchiwać jej rozmowy z przyjaciółkami. A i tak często wierzył święcie, że ona porozumiewa się z nimi szyfrem. Gdy zdarzyło im się przebywać razem wśród ludzi, na przykład w kinie albo na sylwestrowej zabawie, polował na jej spojrzenia, które, tak sądził, posyłała mężczyznom, i wzniecał z tego powodu awantury.
Polował na jej spojrzenia, nawet gdy oglądali telewizję. Gdy kiedyś na ekranie pojawił się zespół chipendalesów z brzuchami jak tarka i jędrnymi pośladkami, kazał żonie podwinąć spódnicę i sprawdził wilgotność majtek. Ponieważ było tam trochę mokro, rozbił telewizor ze złości, choć zona zaklinała się, że właśnie przed chwilą była siusiu w toalecie i stąd ta wilgotność. Potem za swoje pieniądze musiała ten telewizor odkupić.
Śledził żonę, zastawiał na nią pułapki, obwąchiwał jej rzeczy, włosy i skórę.
- Papierosy, a tak, papierosy! No przecież czuję, że śmierdzisz dymem! Ale to jest zapach dobrych papierosów, tak pachną tylko marlboro albo inne markowe. A kogo w policji stać na marlboro, no kogo? To nie jest zapach z komendy! Gdzieś była i z kim, ty kurwo??!!
Zadawał żonie podchwytliwe pytania, lecz odpowiedzi prawie nigdy go nie satysfakcjonowały. Wmawiał jej kochanków i marzenia, dopytywał o sny. Zaczął wypominać mężczyzn z młodości, tych którzy byli przed nim, a których blade wspomnienie nie przeszkadzało mu przez ponad 20 lat. Spopielał się, torturował żonę, dewastował związek.
Chciał nawet wynająć wykrywacz kłamstw, aby sprawdzić na nim zonę.
W rzadkich chwilach roztropności, zdawał sobie sprawę, jak bardzo nieprawdopodobne są jego podejrzenia i wtedy zaskakiwał żonę jakimś gestem dobroci, jakąś kolacją we dwoje we włoskiej knajpie lub prezentem. Lecz już po dwóch, trzech dniach diabeł znów siadał na ramieniu chorążego i szeptał do ucha historie o orgiach, w jakich brała udział jego żona. Albo jeszcze tego samego dnia, zwłaszcza gdy kelner w restauracji okazywał się „ciachem”.
A najbardziej uderzające było to, że chorąży z żoną nie sypiał już od kilku dobrych lat. Swe popędy wypuszczał na żer w agencji towarzyskiej na przedmieściach prowadzonej przez byłego podoficera Wojskowych Służb Wewnętrznych. Nie sypiał z żoną nawet dosłownie, bo i łóżka mieli osobne. Ona w sypialni - małżeńskie, on w stołowym - wersalkę.
Ciężki przypadek, trudny do wyleczenia. I biedna kobieta! Widziałem jej zdjęcia, potrafiłem sobie ja wyobrazić. Nawet gdyby chciała zdradzić męża i znalazła chętnego na swoje obfite ciało, i tak nie poradziłaby sobie z ukryciem romansu. A i uczuciowo też pewnie by go nie udźwignęła. Zamiast orgazmu - paroksyzm strachu, zamiast odprężenia - paniczne zacieranie śladów. Czy to są rozkosze, dla których warto ryzykować?
Cóż mogłem pomóc facetowi, który miał taki kłopot z samym sobą? Zacząłem smędzić coś o syndromie Otella. Trochę chyba zbyt naukowo, ale to dobry sposób, gdy się nie chce komuś powiedzieć wszystkiego. Szczypta łaciny, terapeutyczny żargon - to taka wata, w którą owija się prawdę. Bo prawda w przypadku chorążego brzmiała jak? Był potworem wymagającym kilkuletniej terapii. A on z góry odrzucił taką możliwość. - Pan wie, co by się działo, gdyby się w jednostce okazało, że leczę się z zazdrości? - spytał mnie. - Zjedliby mnie. Zabiliby śmiechem. Wojskowi są gorszymi plotkarzami od bab. Mhm... coś w tym jest. Sam mam stopień oficerski, a plotkuje tu z wami o cudzych kłopotach jak baba...
A wracając do naszego podoficera... Zaczął z tej rozpaczy pić. Bił żonę, robił jej piekło. To się odbiło na jego karierze, wysiudali go na wcześniejszą emeryturę. Potem się rozwiódł, ale wciąż nękał żonę nocnymi telefonami i wizytami pod domem. Az nagle... Aż nagle to się urwało. Ale nie dlatego, że mu przeszło. Zabił się po pijanemu w aucie. Taka była przyczyna.
- Zaloguj się lub zarejestruj by komentować
Zaciągnij sie (logowanie)
*Przypomnij hasło |
Pomoc
Nie zaciągnąłeś się jeszcze? załóż sobie konto.
By oglądać tą stronę potrzebujesz dodatku Flash Player w wersji 8 lub wyższej
By oglądać tą stronę potrzebujesz dodatku Flash Player w wersji 8 lub wyższej
By oglądać tą stronę potrzebujesz dodatku Flash Player w wersji 8 lub wyższej






Faco Przyznam szczerze, że
Faco
Przyznam szczerze, że służyłem pod podobnym podoficerem. Było to w Warszawie. Lata 86-87.
Mieliśmy swojego dowódcę plutonu, który swoje "cywilne" nastroje przenosił na służbę. Okropieństwo. I chociaż nikt wtedy nie wymagał od przełożonych "czułości" /bo było jak było/, to jednak ten facet wkurzał nas totalnie. Tym bardziej mogę coś na ten temat powiedzieć, gdyż jako d-ca drużyny pełniłem jednocześnie obowiązki pomocnika d-cy plutonu. Z tej już racji miałem znacznie większy kontakt z nim, niż pozostali żołnierze. W pokoju d-ów plutonów spędziliśmy wiele czasu. Miał ze sobą podobny problem. Nie znam na szczęście jego osobistych
zmartwień, ale to, co nam wszystkim "fundował" w jednostce - to była jedna "drgawka".
Nigdy nie był w tzw. "przysiadalnym humorze". Wiecznie warczał, klął i wyzywał. Drąc przy tym niemiłosiernie jadaczkę - czym zyskał sobie ksywkę - "Kopara".
Jedyne czego przestrzegał, to to, że nie opierdzielał mnie przy żołnierzach, bo zbyt bał się politycznych. To przyznaję mu na plus. Ale na apelach, zrównywał z ziemią każdego chłopaka.
Często bez większego powodu potrafił tak komuś "dosrać", że nieraz któryś chłopak ledwo wytrzymywał. A ja musiałem przy tym uczestniczyć, nie mając żadnego prawa głosu.
I nie było odosobnionym wypadkiem, że za jakąś - naprawdę - żołnierską bzdurę, dostawałem potem takie joby w pokoju d-ów plutonów, że miałem wszystkiego serdecznie dosyć.
Ja doskonale wiem, jak kaprali postrzegali szeregowi szweje. Wcale im się nie dziwię.
Ale uwierzcie - nieraz ci kaprale /starsi kaprale/ byli między młotem, a kowadłem.
Dziś wiem, że było multum naturalnych "dziobaków". Nigdy do nich nie zaliczałem się i wiem z całą pewnością, że moi kumle z armii nigdy by mnie tak nie nazwali. Ale teraz nie o tym.
Traf chciał, że po jakimś pół roku mojej służby "Kopara" odszedł na - jak to oficjalnie powiedziano - urlop zdrowotny. Wszyscy wiedzieli o co chodzi. Odsunięto go po prostu ze służby.
I nie podejrzewam, że przyczynili się do tego moi koledzy ze służby zasadniczej.
W każdym razie, ja przejąłem obowiązki d-cy plutonu na kilka miesięcy. "Kopara" nie powrócił już do jednostki do czasu mojego odejścia. I nie wiem czy w ogóle powrócił.
3 lub 4 miesiące przed moim wyjściem, na d-cę plutonu przysłano młodziutkiego chłopaka
/notabene młodszego ode mnie rocznikowo/ ppor. po ZMECH.
Boże jaki on był "zielony". Ale to już całkiem inna opowieść.
Pozdrowienia dla pomysłodawców portalu i wszystkich , którzy w nim są !!!!